Taki los - czyli kandydowanie z nie swojego miasta - spotkał kilkadziesiąt osób. Sprawdziliśmy tych, którzy dostali pierwsze miejsca na listach.
Tomasz Dudziński, cztery lata temu wybrany na posła PiS z Lubelszczyzny, próbuje teraz szczęścia jako lider listy PJN w Gdańsku. - Z tym miastem wiążą mnie miłe wspomnienia. Wujek był stoczniowcem, spędzałem u niego wakacje - mówi.
Zapewnia, że jeśli zostanie wybrany, to będzie działał na rzecz Pomorza: - Posłowie nie są związani instrukcjami wyborców, ale wiąże ich zaufanie, którym zostaną obdarzeni.
W ostatnich tygodniach Dudziński otworzył nawet filię swojego biura w Gdańsku - w mieszkaniu przy ul. Mariackiej, w samym centrum. Gdy pytamy go, jak dojechać z dzielnicy Orunia na Morenę odpowiada: - Przyznaję, nie wiem. Nie będę się silił i na potrzeby kampanii studiował planów miasta.
Tymczasowe przeprowadzki Na Pomorzu pojawia się także jego koleżanka z PJN Elżbieta Jakubiak, posłanka wybrana w Siedlcach, a obecnie nr 1 listy w okręgu gdyńsko-słupskim. Kampanię rozpoczęła od spotkania pod kościołem przed niedzielną mszą, w planie ma m.in. wizyty na miejskich targowiskach, spotkanie przed przedszkolem i szpitalem w Słupsku.
W okręgu gdyńsko-słupskim o głosy miejscowych rywalizują dwaj kandydaci z Warszawy: Leszek Miller (lider listy SLD) i Robert Biedroń (lider listy Ruchu Palikota).
Były premier kampanię w Gdyni rozpoczął na początku września od protestu przeciwko planom zmiany Akademii Marynarki Wojennej na centrum szkolenia. Zamieszkał nawet tymczasowo w Gdyni.
Także Biedroń niemal codziennie przemierza miasteczka w swoim okręgu: - Właśnie jadę
samochodem do Kartuz oddać krew. Proszę, jakim pożytecznym kandydatem jestem. Uważam, że trzeba myśleć globalnie, a działać lokalnie.
Biedroń przekonuje, że miejsce zamieszkania kandydatów ma trzeciorzędne znaczenie. - Ważne, żeby słuchali społeczeństwa. Proszę zobaczyć, że wielu posłów kompletnie się nie interesuje problemami mieszkańców, a jedynie prowadzeniem wojny polsko-polskiej na Wiejskiej.
Dodaje też, że regionowi przydałby się ''poseł spoza lokalnych układów''. - Problemem Słupska jest to, że do Warszawy jedzie się z niego 11 godzin. To należy zmienić.
Koło ratunkowe - Tacy to tylko wpadają i obiecują, żeby tylko uwiarygodnić się lokalnie - krytykuje poseł PO Zbigniew Konwiński ze Słupska. - A gdyby ich zapytać, gdzie leżą miasta w ich okręgu, pewnie oblaliby taki egzamin. Obietnice pana Biedronia są nic niewarte, bo budowa trasy ekspresowej jest planowana, a za półtora roku trasa kolejowa ze stolicy do Trójmiasta zostanie zmodernizowana.
Przyjezdni kandydaci niechętnie się do tego przyznają, ale ich start w obcych okręgach to albo wynik kalkulacji partyjnych - jak w PJN - lub propozycji może niekomfortowej, ale dającej szansę na powrót lub wejście do Sejmu - jak start Millera i Biedronia w Gdyni.
Posłanka z
Łodzi Joanna Kluzik-Rostkowska otrzymała od PO miejsce na liście w Rybniku. - Znam i rozumiem Śląsk, sama jestem ślązaczką, choć nie z Rybnika, ale Katowic - mówi. Przyznaje, że brakowało jej ''dokładnego rozeznania w problemach lokalnych''. - Ale zdefiniowałam te problemy. I zupełnie podstawową sprawą był problem bezpłatnego korzystania z odcinków autostrady. Poszłam z tym do ministrów Grabarczyka i Rostowskiego i jest nadzieja.
Problemy lokalne opanować też musiał Jerzy Żyżyński, profesor ekonomii z Uniwersytetu Warszawskiego, który dostał od PiS-u jedynkę w
Opolu. - W katastrofie smoleńskiej straciliśmy wielu wybitnych specjalistów i chcemy odbudować grono ekspertów w Sejmie - wyjaśnia lider opolskiego PiS poseł Sławomir Kłosowski. - Mam tu na myśli przede wszystkim zmarłe Aleksandrę Natalli-Świat i Grażynę Gęsicką.
Natalli-Świat była posłanką z okręgu 3 we Wrocławiu, a Gęsicka z okręgu nr 23 w
Rzeszowie. W pierwszym okręgu z pierwszego miejsca startuje teraz lokalny szef PiS-u Dawid Jackiewicz, ale w drugim prof. Józefa Hrynkiewicz z Uniwersytetu Warszawskiego.
Czy kandydat sam trafi z dworca do centrum? - Zapewniam, że zna drogę, ponieważ jest u nas obecny od początku kampanii wyborczej. Ostatnio sam przyjechał do Opola samochodem, i to bez
GPS.
Ludzie nie lubią być maszynką Prof. Bohdan Szklarski z Katedry Politologii Collegium Civitas przypomina, że wedle starej brytyjskiej tradycji politycy jako elita intelektualna mogą zmieniać okręgi wyborcze, bo ważniejsze jest, aby znaleźli się w parlamencie, niż to, skąd zostali wybrani. Jest jednak ale. - Dziś politycy są tacy jak wszyscy i muszą odwzorowywać poglądy i emocje wyborców. Dlatego tak ważne są więzi z wyborcami w okręgach - mówi profesor. - W ostatnich latach zmienił się nasz stosunek do kandydatów spoza okręgu. Takie osoby mają z reguły znacznie mniejsze szanse na zwycięstwo, nawet jeśli otrzymują pierwsze miejsce na liście. Przez miejscowych może to zostać odebrane jak lekceważenie i traktowanie ich jako bezmyślnej maszynki do głosowania.
W 2009 r. w wyborach do Parlamentu Europejskiego przepadł Marian Krzaklewski. Mieszka w Gdańsku, a kandydował z Rzeszowa. Ale na przykład Jacek Kurski, także z Gdańska, zdobył mandat z Warmii i Mazur.
- Nam się często wydaje, że polityka lokalna i krajowa to dwie różne rzeczy, a ta pierwsza jest jakby mniej ważna. Tymczasem one się zlewają, a na przykład w demokracji amerykańskiej lokalność jest wręcz ważniejsza - dodaje prof. Szklarski. - Tam wyborów nie wygra autorytet w sprawach międzynarodowych, bo liczy się to, co zrobiłeś dla swojego okręgu wyborczego, a nie sukcesy - powiedzmy - podczas negocjacji w Afganistanie.