Janusz Palikot, coraz częściej nazywany miejskim Lepperem, był wczoraj we
Wrocławiu. - Grzegorz Schetyna to święta krowa polskiej polityki: za nic nie ponosi odpowiedzialności. - Lepszy Palikot z wibratorem niż Napieralski bez jaj - atakował marszałka Sejmu z PO i szefa SLD.
Kierunek natarcia nieprzypadkowy, bo to na wyborców tych partii Palikot poluje.
A notowania Ruchu Palikota rosną. W opublikowanym wczoraj sondażu SMG KRC dla portalu gazeta.pl miał już 7 proc., zaledwie punkt procentowy mniej niż Sojusz (PO - 36 proc., PiS - 32 proc.).
Ale wraz ze wzrostem notowań zaczęły przeciekać do mediów informacje o konfliktach w Ruchu Palikota. Byli działacze opowiadają, że Palikot ma na głowie długi stowarzyszenia, które powstało, nim zarejestrowano partię. A także sądowe sprawy z wierzycielami. - Jeśli chodzi o sposób funkcjonowania, kadry i pilnowanie finansów, Ruch działa jak organizacja mafijna - mówił ''Wprost'' były działacz Ruchu Paweł Tanajno. Palikot twierdzi, że to kłamstwa, wytoczył mu proces. Wyrok w czwartek.
Andrzej Kwapis, też były działacz, od dwóch tygodni jeździ po
Warszawie samochodem z napisem: ''Ruch Palikota - oddajcie mi pieniądze za remont siedziby przy ul. Widok''. Kwapis twierdzi, że Ruch jest mu winny 43 tys. zł. Wystąpił już do sądu. - Palikot stworzył system, żeby oszukiwać ludzi - mówi ''Gazecie'' Kwapis.
Katarzyna Izydorczyk, była szefowa stowarzyszenia Palikota, dziś kandydatka SLD do Sejmu, szacuje, że gdy odchodziła ze stowarzyszenia pod koniec marca, niezapłacone rachunki sięgały 300 tys. zł. Dodaje, że Palikot chciał wprowadzić w partii system punktowy - kto zebrał ich najwięcej, mógł liczyć na wysokie miejsce na liście.
- Punkty można było dostawać za pozytywne wpisy o Januszu na forach i za wpłacanie pieniędzy na kampanię. Byłam przeciw, bo to kojarzyło mi się z Samoobroną. Gdy napisałam o tym Januszowi, odpisał: ''Wykonać!'' - opowiadała Izydorczyk. Z kolei Palikot twierdzi, że punkty to był jej pomysł i nigdy nie zostały wprowadzone. Mówi, że informacje o nieprawidłowościach w jego partii to bzdury, o inspirowanie ataków oskarża PO i SLD.
Idą z Ruchem Palikota Kto dostał się na listy Ruchu? Nie ma tam wielu znanych nazwisk, byłych polityków innych partii. To odróżnia go od PO i PiS, które powstawały na bazie ludzi z UW czy AWS i innych ugrupowań.
Np. w Gdańsku listę otwiera Piotr Bauć, ekscentryczny wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego, dr pedagogiki. Nosi długie włosy i sumiaste wąsy, lubi się przebierać w strój szlachcica. Ma 51 lat, zajmuje się również kręceniem filmów dokumentalnych dla TVP. Jego cel wyborczy: połączyć ZUS i KRUS, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć na dofinansowanie akademickich biur karier.
W
Łodzi jedynką jest Roman Kotliński, były ksiądz i redaktor naczelny tygodnika ''Fakty i Mity''. W książce ''Byłem księdzem'' opisał, łamiąc tajemnicę spowiedzi, grzechy, z jakimi przychodzili wierni. Tygodnik zaczął wychodzić w 2000 r., a jego promocja wywołała skandal, bo uczestniczył w niej Grzegorz Piotrowski, były kapitan SB skazany na 25 lat więzienia za porwanie i zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki. Piotrowski był wtedy na przepustce z więzienia. Udzielił tygodnikowi cyklu wywiadów pod tytułem ''Grzegorz Piotrowski: Nie zabiłem Popiełuszki''.
W Elblągu jedynką jest Wojciech Penkalski - jak pisał ''Wprost'', trzykrotnie skazywany: za udział w pobiciu człowieka kijem bejsbolowym, grożenie świadkowi w celu zmiany zeznań, a także za ''grożenie bronią w celu wymuszenia rozporządzenia mieniem w wysokości 3 tys. zł''. Z więzienia wyszedł w marcu 2003 r., jego wyroki są zatarte. Penkalski zapewniał we ''Wprost'', że przeszedł resocjalizację, a teraz chce ''budować obywatelskie i przyjazne państwo''.
Na listach Palikota są też działacz Kampanii Przeciw Homofobii Robert Biedroń, Wanda Nowicka, szefowa Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, transseksualistka Anna Grodzka oraz teściowa Palikota Krystyna Kubat.
Kula śniegowa Palikota Socjolog prof. Jacek Raciborski uważa, że pierwotnym źródłem sukcesu Palikota jest słaby związek wyborców z partiami. 60 proc. Amerykanów określa się jako demokraci lub republikanie. - W Polsce przywiązanie do partii deklaruje ok. 40 proc. badanych, a poparcie dla nich jest płytkie, co otwiera drogę do zmian - analizuje prof. Raciborski. Jego zdaniem wystarczyły jeden, dwa sondaże, w których Palikot zbliżył się do progu, by powstał efekt kuli śniegowej - kolejni wyborcy przestają się obawiać zmarnowania głosu, i to wychodzi w kolejnych sondażach.
Palikotowi pomogła też decyzja o niezarejestrowaniu list Janusza Korwin-Mikkego w całej Polsce.
Kto traci na Palikocie? - Głównym przegranym jest SLD. Z sondaży widać, że tam, gdzie Palikot jest silny, SLD słabnie. Trochę traci też Platforma. Poza tym Palikot zyskuje część najmłodszych wyborców, którzy wcześniej nie chcieli głosować - mówi prof. Raciborski.
Elektorat Palikota nie jest wyspowy, nie popierają go np. tylko młodzi w metropoliach. Partia zdobyła przyczółki i na wsi, i w małych miastach, wśród różnych grup wyborców z różnych regionów. - Pokonanie progu jest bardzo prawdopodobne. Z drugiej strony - na listach znalazło się wielu przypadkowych kandydatów, prawdopodobne są konflikty wewnętrzne. Jeśli nie zostaną opanowane, to Palikot może tego wyniku powyżej 5 proc. do wyborów nie dowieźć - uważa prof. Raciborski.
Palikot jak Lepper Co na sukcesy Palikota konkurencja? Ostro mówi o nim rzecznik SLD Tomasz Kalita. - Co ma wspólnego z lewicą ten milioner z rajów podatkowych? Jest groźniejszy dla demokracji niż był Andrzej Lepper. Część środowisk opiniotwórczych pompuje Palikota, żeby zatrzymać Sojusz. Ale nie damy się zabić. Z naszych sondaży wynika, że Palikot jest przeszacowany, a my możemy liczyć na kilkanaście procent.
Rafał Grupiński z PO nie obawia się Palikota. - Ruch Palikota w swym agresywnym języku coraz bardziej przypomina miejską Samoobronę. Ale nasi wyborcy surowo oceniają Palikota, jeśli chodzi o jego działalność w komisji ''Przyjazne państwo'', która świetnie się zapowiadała, a zakończyła się głównie PR-em Palikota.
Zdaniem Grupińskiego Palikot może skusić młodych antyklerykalnymi hasłami albo takich, którzy często zmieniają partię. - Dopóki Palikot króluje w mediach, to ludzie mogą się za nim opowiadać. Ale jak zobaczą listy wyborcze, a na nich nieznane osoby, ręka może im się zawahać - ocenia Grupiński.
- Nam wyborców nie odbierze, może ich ewentualnie dodatkowo zmobilizować - komentuje wiceszef PiS Adam Lipiński.
5 proc. i co dalej - Z progiem wyborczym sprawa jest bardziej skomplikowana, niż się wydaje. Matematycznie jest możliwe, że nawet 7-8 proc. głosów w skali kraju nie da ani jednego mandatu, bo dzieli się je w okręgach, metodą korzystną dla największych partii - zauważa politolog Jarosław Flis.
Na co może liczyć Palikot? Przekroczenie progu 5 proc. w skali kraju - i osiągnięcie 5 proc. w Warszawie, skąd startuje sam Palikot - zapewni partii jeden mandat. Dla lidera.
Z analizy Flisa wynika, że przy poparciu 5,5 proc. mogą pojawić się dwa dodatkowe mandaty, przy 6 proc. - trzy kolejne. Dopiero 7-8 proc. daje szansę na utworzenie klubu poselskiego (co najmniej 15 posłów).
A na koniec paradoks. Choć Palikot odbiera wyborców Platformie, w ostatecznym rozrachunku to partia Tuska może skorzystać na jego sukcesie - jeśli sama wygra wybory. - Kodeks wyborczy jest tak skonstruowany, że im więcej partii wejdzie do Sejmu, tym większa jest premia w mandatach dla zwycięzcy. Gdyby w 2001 r. obowiązywały takie same zasady jak dziś, SLD miałby większość mandatów, choć dostał 41 proc. głosów. A to dlatego, że poza Sojuszem do Sejmu weszło pięć dużo mniejszych partii. Teraz na osłabieniu SLD i wejściu Palikota zyskałyby najpewniej Platforma i PiS.