Moje pokolenie te żarty dobrze pamięta. Dla nas wolne wybory to znak, że Ewa niejednego Adama ma do wyboru.
Wybory przesądziły kilka razy o naszym losie. W 1989 r. utorowały drogę od dyktatury do demokracji. Przesądziły o prezydenturze Wałęsy, Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego i Komorowskiego.
Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz. Udział w wyborach to przygotowanie sobie posłania na cztery lata. To my zdecydowaliśmy, że Polską rządziła koalicja braci Kaczyńskich, Leppera i Giertycha wspierana przez
Radio Maryja. I to my jej władzę odebraliśmy.
Rzadko podzielam opinie abp. Józefa Michalika. W jego poglądzie, że jesteśmy świadkami dążeń do "rozbicia rodziny jako związku mężczyzny i kobiety i promocji dobrobytu przez zabijanie poczętego życia", widzę demagogię i fałszywe świadectwo o polskich sporach.
W tezie zaś, że "na poparcie zasługują ugrupowania niekoniecznie silne liczbowo, ale mające ludzi wiarygodnych, fachowych, troszczących się o wartości narodowe i społeczne", dostrzegam agitację za orientacją Marka Jurka, która wzywa do kryminalizacji aborcji także w razie gwałtu. Te sympatie arcybiskupa mogą zdumiewać również ludzi przyjaznych Kościołowi.
Podzielam jednak opinię arcybiskupa, że głosowanie to obywatelski obowiązek. Rezygnując z niego, pozbawiamy się prawa do stanowienia o losach własnych i naszych najbliższych.
Dzisiaj przecież Ewa naprawdę może sobie wybrać Adama.