Izabela Szymańska: O co chodzi z tą kreatywnością?
René Pollesch: W dzisiejszym świecie wszyscy żyjemy pod presją. Mówią nam: bądźcie kreatywni, macie żyć jak artyści. Zaczęło się to w latach 60. i 70. na zachodzie Europy. Twórcy przypuścili krytykę na kapitalizm. Mówili: ludzie mają dość otępiającej pracy. Potrzebują wolności podobnej do tej, jaką my mamy. Niestety, te żądania zaczęły być realizowane.
Niestety?
- W Niemczech popularny stał się slogan: "Bądź kreatywny w poszukiwaniu pracy!". To kończyło się w ten sposób, że ludzie przed południem byli kelnerami, po południu pracowali w agencji reklamowej, a wieczorem w teatrze. To był czas Gerharda Schrödera, Tony'ego Blaira, w Niemczech mówiło się o "przedsiębiorstwie ja". Ten nakaz kreatywności moim zdaniem przyczynił się do likwidacji państwa socjalnego. Teraz to nie rząd miał zatroszczyć się o pracę dla obywateli. To każdy człowiek miał zatroszczyć się o siebie.
Brak stałego zatrudnienia to dziś gorący temat w Polsce. Jesteśmy jednym z krajów z największą liczbą umów śmieciowych.
- I młodym się wydaje, że właśnie takie życie daje najwięcej możliwości: każdy ciągnie od projektu do projektu i sądzi, że to jest wolność. Ludzie, szukając w internecie kolejnych zleceń, partnerów do krótkoterminowych projektów, nie mają poczucia, że to jest deklasacja, że w gruncie rzeczy stoją na korytarzu w urzędzie pracy. A może w naszych czasach wolność powinna polegać na braku przymusu ciągłego wyrażania siebie. Więc nie publikujmy ciągle na Facebooku, jakiej muzyki słuchamy. I nie piszmy wierszy.
Rene Pollesch specjalizuje się w sabotowaniu oczekiwań widzów. Spodziewają się historii - dostają zlepek najnowszych teorii socjologicznych albo parodię nigeryjskiego horroru. Spodziewają się bałaganiarskiego kolażu - trafiają na wyciszający seans intymnych wyznań. Pollesch doskonale zna swoich widzów - berlińskich mieszczan, hipsterów, ludzi dobrze opłacanych, kreatywnych, zorientowanych w rynku sztuki - wie, co lubią, co im się podoba. Woli jednak opowiadać o własnych rozterkach, dzielić się wątpliwościami i wrażeniami z lektur. Robi teatr skrajnie egoistyczny, autotematyczny, ze skomplikowanych tekstów Agambena czy Żiżka wybiera wyrwane z kontekstu hasła, które pasują do jego prywatnych obserwacji. I paradoksalnie to właśnie czyni go bezkonkurencyjnym.
Źródło: Gazeta Wyborcza