Jest z kim przegrać
17.09.2011
, aktualizacja: 16.09.2011 23:20
Tusk przyznaje, że bierze pod uwagę przegraną z PiS. Napieralski proponuje siebie do rządu. Po co? Tusk straszy, by wygrać wybory. Napieralski nie chce przegrać przywództwa na lewicy
ZOBACZ TAKŻE
- Napieralski jest gotów do rozmów o rządzie. Tusk nie (16-09-11, 14:47)
- Tusk wsiadł w autobus (20-09-11, 01:00)
- Arłukowicz kontra Napieralski (20-09-11, 08:00)
- Polska według bramkarza (19-09-11, 07:00)
- Drugi krok Tuska (19-09-11, 01:00)
- Kogo wolą kobiety? [PODSUMOWANIE 18 WRZEŚNIA] (18-09-11, 23:16)
- Kaczyński napisał do Tuska (17-09-11, 13:18)
- "Grzesiu, porąbało cię?" (29-08-11, 08:40)
- SLD na konwencji: Mamy program (21-08-11, 13:50)
- Nowe szaty Napieralskiego (27-07-11, 01:00)
- Idziemy z PiS łeb w łeb, każdy głos może zdecydować, kto wygra - tak wczorajsze wyniki sondażu żelaznych elektoratów partii TNS OBOP dla "Gazety Wyborczej" skomentował premier Donald Tusk. - To bardzo poważny bój, wiadomo, jakiej Polski chce PiS, jakiej PO. 9 października może być wielkie zdziwienie, każdy wynik jest możliwy.
Każdy, czyli taki, którego do tej pory sztab PO nie brał pod uwagę. Dziś Tusk myśli o przegranej z partią Jarosława Kaczyńskiego. A rok temu wypowiedział słynne cyniczne zdanie, że Platforma "nie ma z kim przegrać".
Tuskowi już udało się pobić rekord: po 1989 r. żadna koalicja nie dotrwała do końca kadencji. Tylko raz premier - Jerzy Buzek - rządził przez cztery lata, ale pod koniec kadencji rozsypała mu się koalicja, bo Unia Wolności z wicepremierem Leszkiem Balcerowiczem wyszła z rządu.
Tusk liczył, że Platforma nie tylko wygra kolejne wybory (kolejny precedens), ale też że on sam zostanie po raz drugi premierem.
Premier był wczoraj w pesymistycznym nastroju wyborczym. Nic dziwnego: według sondażu TNS OBOP dla "Gazety" pokazującego już zdeklarowanych wyborców PO może liczyć na 18 proc., a PiS - na 17. To niemal remis.
Partia Jarosława Kaczyńskiego chwali się nawet, że z ich wewnętrznych sondaży wynika, że w sierpniu dwa razy PiS przeskoczył Platformę (34:32 i 32:30).
A jeśli rzeczywiście wyniki PO i PiS są tak zbliżone, to liczy się (dosłownie) każdy głos. Tych, o których warto walczyć, jest wielu. W sondażu TNS OBOP aż połowa pytanych deklaruje, że jeszcze nie wie, czy na wybory pójdzie, albo jeszcze nie wie, na kogo zagłosuje.
Tusk, przywołując najczarniejszy dla siebie scenariusz, przemawia wprost do tych niezdecydowanych i tym samym pyta, czy chcą powrotu IV RP. Chce ich zmobilizować, by przegonili PiS na kolejne cztery lata.
W środę Tusk oświadczył, że jeśli Platforma nie wygra wyborów, "nie powinna się ubiegać o tworzenie nowego rządu". - Przychodzą bardzo ciężkie czasy w Europie. Dlatego każdy, kto chce mieć mandat do rządzenia, musi mieć bardzo silny mandat od wyborców. Przyszły rząd mogą tworzyć wyłącznie ci, którzy taki mandat uzyskają - tłumaczył.
Niby to wszystko jest logiczne i zgodne z zasadami demokracji, ale wiadomo, po co Tusk to mówi: uważajcie, możemy z PiS przegrać o włos, nie pozwólcie na to.
W naszym ostatnim sondażu fatalnie wypada SLD - jego zdeklarowani wyborcy to zaledwie 5 proc. Polaków, jeszcze gorzej PSL - z 3 proc. Jeśli ludowcy wejdą do Sejmu, może im nie starczyć mandatów, by z PO mieli w Sejmie większość.
Napieralski widzi w tym szansę dla siebie - jak wzmocnić swoją pozycję jeszcze przed wyborami. Wczoraj obwieścił: - Skoro Donald Tusk nie chce budować większości w parlamencie, kiedy PO przegra, to ja oświadczam, że jestem gotowy do rozmów z PO, by budować większość. Jestem gotów rozmawiać z PO nawet bez Donalda Tuska, by projekt IV RP po raz kolejny nie powrócił. Jeżeli PO przegra choćby o pół procent, to będzie przegrana Donalda Tuska, ale nie może to być przegrana Polski.
Napieralski myślał, że Tusk ochoczo przyjmie tę pomocną dłoń i ogłosi, że po 9 października utworzy rząd z SLD, co dla szefa Sojuszu zapewne oznaczałoby tekę wicepremiera. Ale Napieralski się przeliczył. Tusk od razu chłodno mu odpowiedział, że o rządzie będzie rozmawiać po 9 października, bo wtedy będzie jasne, "kogo chcą Polacy, kogo nie chcą".
Zawarcie przedwyborczej koalicji z Tuskiem bardzo by się Napieralskiemu przydało. Bo coś niepokojącego dzieje się SLD, a dokładnie w obozie stronników Napieralskiego. Jeden z gorliwszych - Marek Wikiński, wiceszef klubu parlamentarnego SLD, a rok temu szef sztabu wyborczego Napieralskiego w kampanii prezydenckiej - rozpowiada od kilku dni, że jeśli SLD utworzy rząd z PO, to premierem powinien zostać Aleksander Kwaśniewski.
To znaczące słowa, bo wynika z nich, że dla Wikińskiego (i pewnie nie tylko dla niego) obecny szef partii nie jest naturalnym kandydatem na premiera. Czyżby to były prezydent był dla Wikińskiego naturalnym liderem Sojuszu? Czy chciał ogłosić, że rejteruje z obozu stronników Napieralskiego i że przenosi się do obozu Ryszarda Kalisza, którego w tej kampanii wspiera Kwaśniewski?
Kalisz to dziś lider wewnątrzpartyjnej opozycji i najpoważniejszy kandydat na miejsce Napieralskiego po wyborach (jeśli partia nie przekroczy 15 proc., na co się chyba nie zanosi według prognoz wyborczych).
Rok temu Napieralski w czasie kampanii wyborczej wybrał się na grzyby. Dziś wysyła go tam Tusk i Wikiński.
Wczoraj Informacyjna Agencja Radiowa podała wyniki sondażu TNS OBOP przeprowadzonego w dniach 14-15 września na reprezentatywnej grupie tysiąca dorosłych osób dla telewizyjnego programu "Forum". Na PO chce głosować 40 proc. wyborców, na PiS 33, na SLD 11, na PSL 7, a na Ruch Poparcia Palikota 5 proc.
Każdy, czyli taki, którego do tej pory sztab PO nie brał pod uwagę. Dziś Tusk myśli o przegranej z partią Jarosława Kaczyńskiego. A rok temu wypowiedział słynne cyniczne zdanie, że Platforma "nie ma z kim przegrać".
Tuskowi już udało się pobić rekord: po 1989 r. żadna koalicja nie dotrwała do końca kadencji. Tylko raz premier - Jerzy Buzek - rządził przez cztery lata, ale pod koniec kadencji rozsypała mu się koalicja, bo Unia Wolności z wicepremierem Leszkiem Balcerowiczem wyszła z rządu.
Tusk liczył, że Platforma nie tylko wygra kolejne wybory (kolejny precedens), ale też że on sam zostanie po raz drugi premierem.
Premier był wczoraj w pesymistycznym nastroju wyborczym. Nic dziwnego: według sondażu TNS OBOP dla "Gazety" pokazującego już zdeklarowanych wyborców PO może liczyć na 18 proc., a PiS - na 17. To niemal remis.
Partia Jarosława Kaczyńskiego chwali się nawet, że z ich wewnętrznych sondaży wynika, że w sierpniu dwa razy PiS przeskoczył Platformę (34:32 i 32:30).
A jeśli rzeczywiście wyniki PO i PiS są tak zbliżone, to liczy się (dosłownie) każdy głos. Tych, o których warto walczyć, jest wielu. W sondażu TNS OBOP aż połowa pytanych deklaruje, że jeszcze nie wie, czy na wybory pójdzie, albo jeszcze nie wie, na kogo zagłosuje.
Tusk, przywołując najczarniejszy dla siebie scenariusz, przemawia wprost do tych niezdecydowanych i tym samym pyta, czy chcą powrotu IV RP. Chce ich zmobilizować, by przegonili PiS na kolejne cztery lata.
W środę Tusk oświadczył, że jeśli Platforma nie wygra wyborów, "nie powinna się ubiegać o tworzenie nowego rządu". - Przychodzą bardzo ciężkie czasy w Europie. Dlatego każdy, kto chce mieć mandat do rządzenia, musi mieć bardzo silny mandat od wyborców. Przyszły rząd mogą tworzyć wyłącznie ci, którzy taki mandat uzyskają - tłumaczył.
Niby to wszystko jest logiczne i zgodne z zasadami demokracji, ale wiadomo, po co Tusk to mówi: uważajcie, możemy z PiS przegrać o włos, nie pozwólcie na to.
W naszym ostatnim sondażu fatalnie wypada SLD - jego zdeklarowani wyborcy to zaledwie 5 proc. Polaków, jeszcze gorzej PSL - z 3 proc. Jeśli ludowcy wejdą do Sejmu, może im nie starczyć mandatów, by z PO mieli w Sejmie większość.
Napieralski widzi w tym szansę dla siebie - jak wzmocnić swoją pozycję jeszcze przed wyborami. Wczoraj obwieścił: - Skoro Donald Tusk nie chce budować większości w parlamencie, kiedy PO przegra, to ja oświadczam, że jestem gotowy do rozmów z PO, by budować większość. Jestem gotów rozmawiać z PO nawet bez Donalda Tuska, by projekt IV RP po raz kolejny nie powrócił. Jeżeli PO przegra choćby o pół procent, to będzie przegrana Donalda Tuska, ale nie może to być przegrana Polski.
Napieralski myślał, że Tusk ochoczo przyjmie tę pomocną dłoń i ogłosi, że po 9 października utworzy rząd z SLD, co dla szefa Sojuszu zapewne oznaczałoby tekę wicepremiera. Ale Napieralski się przeliczył. Tusk od razu chłodno mu odpowiedział, że o rządzie będzie rozmawiać po 9 października, bo wtedy będzie jasne, "kogo chcą Polacy, kogo nie chcą".
Zawarcie przedwyborczej koalicji z Tuskiem bardzo by się Napieralskiemu przydało. Bo coś niepokojącego dzieje się SLD, a dokładnie w obozie stronników Napieralskiego. Jeden z gorliwszych - Marek Wikiński, wiceszef klubu parlamentarnego SLD, a rok temu szef sztabu wyborczego Napieralskiego w kampanii prezydenckiej - rozpowiada od kilku dni, że jeśli SLD utworzy rząd z PO, to premierem powinien zostać Aleksander Kwaśniewski.
To znaczące słowa, bo wynika z nich, że dla Wikińskiego (i pewnie nie tylko dla niego) obecny szef partii nie jest naturalnym kandydatem na premiera. Czyżby to były prezydent był dla Wikińskiego naturalnym liderem Sojuszu? Czy chciał ogłosić, że rejteruje z obozu stronników Napieralskiego i że przenosi się do obozu Ryszarda Kalisza, którego w tej kampanii wspiera Kwaśniewski?
Kalisz to dziś lider wewnątrzpartyjnej opozycji i najpoważniejszy kandydat na miejsce Napieralskiego po wyborach (jeśli partia nie przekroczy 15 proc., na co się chyba nie zanosi według prognoz wyborczych).
Rok temu Napieralski w czasie kampanii wyborczej wybrał się na grzyby. Dziś wysyła go tam Tusk i Wikiński.
Wczoraj Informacyjna Agencja Radiowa podała wyniki sondażu TNS OBOP przeprowadzonego w dniach 14-15 września na reprezentatywnej grupie tysiąca dorosłych osób dla telewizyjnego programu "Forum". Na PO chce głosować 40 proc. wyborców, na PiS 33, na SLD 11, na PSL 7, a na Ruch Poparcia Palikota 5 proc.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX












