Wojna idzie?

Tomasz Bielecki
15.09.2011 , aktualizacja: 14.09.2011 23:37
A A A Drukuj
Tomasz Bielecki

Tomasz Bielecki (Fot. Bruno Fidrych / AG)

"Europa jest dziś w niebezpieczeństwie. Jeśli rozpadnie się strefa euro, to i Unia Europejska tego szoku długo nie przetrwa" - ostrzegał wczoraj w Parlamencie Europejskim minister Jacek Rostowski.
Przytoczył ponurą anegdotę o znajomym bankowcu rozważającym, czy nie wystarać się dla dzieci o zieloną kartę w USA, bo "rzadko zdarza się, by nie było katastrofy wojennej" po dziesięciu latach od takich wstrząsów gospodarczych i politycznych, jakie dotykają teraz Europę.

Zamierzona przesada to figura praktykowana od zawsze przez retorów. I choć Rostowski z hiperbolą o wojnie mocno przeszarżował, to warto pamiętać o sednie jego mowy: rozpad eurolandu byłby katastrofą dla Europy. I gospodarczą, i polityczną.

Wspólna waluta była od początku pomysłem nie tylko na ulepszenie gospodarki, ale i trwałą geopolityczną harmonię. Francuski prezydent Francois Mitterrand w 1990 roku wyłamał się przecież z niechętnego zjednoczeniu Niemiec sojuszu z brytyjską premier Margaret Thatcher, dopiero gdy kanclerz Helmut Kohl zgłosił gotowość zakotwiczenia nowych Niemiec w Europie poprzez zamianę marki na wspólną europejską walutę.

UE bez silnej strefy euro nie rozpadłaby się w mgnieniu oka, ale zaczęłaby się zapewne zamieniać w coraz luźniejszy związek państw, w którym - Rostowski mówił o "powrocie do historii" - solidarność przegrywałaby coraz bardziej z dominacją silniejszych. A podzielona Europa traciłaby szanse na pozostanie liczącym się graczem gospodarczym i politycznym w świecie.

Europejscy przywódcy są już tego świadomi. Pozostaje pytanie, jak ugasić pożar trawiący nie tylko Grecję, lecz grożący całej strefie euro. I choć po ciężkich przeprawach z traktatem lizbońskim zaklinali się, że nie poważą się na kolejną zmianę, to jego duża nowelizacja znów zaczyna być gorącym tematem.

- Zmiana traktatu nie jest już tabu - ogłosiła niedawno kanclerz Angela Merkel, a jej minister finansów Wolfgang Schäuble wprost apeluje o nowelizację. Do zmian wezwał holenderski premier Mark Rutte i napomina o nich m.in. Mario Draghi, który wkrótce przejmie stery Europejskiego Banku Centralnego.

Chodziłoby o usankcjonowanie "rządu gospodarczego" strefy euro, wzmocnienie jej integracji, obejmowanie krajów psujących budżet nadzorem wspólnotowym (z prawem weta co do projektów budżetowych) czy nawet wyrzucanie maruderów z unii walutowej. A także emisję wspólnych euroobligacji, które mogą uchronić Europę przed trwałą zapaścią (Berlin nie wyklucza ich na "finalnym etapie" reformy eurolandu).

Dużej nowelizacji nie da się przeprowadzić w kilka miesięcy, więc nie zastąpi ona doraźnej walki z kryzysem. Ale skoro polityczna niemoc Europy wydaje się teraz przyczyną zamieszania na rynkach nawet ważniejszą niż stan europejskiej gospodarki, to - jak przekonują zwolennicy nowelizacji - deklaracjom, że receptą na uzdrowienie Europy jest "więcej Europy", powinna towarzyszyć decyzja o zapisaniu tego w prawie traktatowym.

Zmiany ustroju Unii mogą uzdrowić wspólną walutę, lecz zarazem zagrozić osłabieniem wpływu Polski i innych krajów "drugiej prędkości" (spoza eurolandu) na kluczowe decyzje UE. Jest ryzyko, że zaczną się one przesuwać z forum całej Unii do klubu euro.

Polacy raz bagatelizują publicznie ten problem - Rostowski mówił w sierpniu o wcześniej zwalczanej przez Polskę idei regularnych, odrębnych szczytów euro, że to będzie "picie kawki" - a innym razem biją na alarm, jak prezydent Bronisław Komorowski broniący we wtorek spoistości UE w Strasburgu. W poufnych rozmowach namawiają, by leczyć kryzys eurolandu przy użyciu dostępnych już teraz narzędzi - jak Donald Tusk podczas poniedziałkowego spotkania z Hermanem Van Rompuyem.

Nasz dylemat jest nieprosty. - Polska prezydencja powinna podjąć temat zmiany traktatu. Wtedy Polska będzie mogła uczestniczyć od środka w tej reformie - namawia jednak niemiecka współszefowa unijnych Zielonych Rebecca Harms. Zapewnia, że nawet jej mocno proeuropejska partia nie godzi się na nowe reformy bez ich demokratycznego uwiarygodnienia przez dużą zmianę traktatu.

Reforma byłaby proceduralną udręką, ale pomogłaby demokracji. Dla wyborców na unijnej Północy wydawanie dziesiątek miliardów euro na pomoc dla Grecji czy Portugalii to złamanie obietnic sprzed dekady, że dziury budżetowe w biedniejszych krajach nigdy nie będą łatane ich kosztem. Obiecanej im zasady nie da się utrzymać, ale - by zablokować wzrost eurosceptycznych populistycznych nastrojów na Północy - przywódcy muszą wytłumaczyć swym wyborcom zmiany i ich do nich przekonać, czego przypieczętowaniem byłby traktat.