Zakończony w sobotę festiwal wenecki żyje w cieniu dawnej świetności: w 1932 r. był pierwszym festiwalem filmowym na świecie, a po wojnie - miejscem objawienia się wielkiego kina włoskiego: Rosselliniego, Felliniego, Pasoliniego, Antonioniego. Tu świat rozpoznał wielkich Japończyków i Andrieja Tarkowskiego. Stąd startował "Popiół i diament". Dziś Wenecja walczy o swoje miejsce wśród najważniejszych festiwali. Dusi się w przedwojennych pawilonach. Budowę nowego centrum rozpoczęto i wstrzymano - jego fundamenty, przykryte folią, wyglądają jak gigantyczna instalacja plastyczna. Dominuje prowizorka i swojski bałagan.
W selekcji filmów obowiązuje podwójne kryterium: z jednej strony filmy z gwiazdami, o których napisze prasa, z drugiej strony - radykalne kino arthouse'owe, z silną reprezentacją azjatycką. Ten rok był pomyślny dla dyrektora Marco Müllera - zyskał aprobatę rządu oraz własnego zarządu i prawdopodobnie zostanie na następną kadencję. Zapewnił niezwykłą jak na Wenecję paradę gwiazd.
"La Mostra już się skończyła?" - pytała w połowie festiwalu hotelowa konsjerżka, a informowana, że nie, dziwiła się: "Jak to? Przecież już wyjechali Madonna, Al Pacino, Kate Winslet, Clooney...". Nagrody przypadły filmom radykalnym, choć nie one były prawdziwymi triumfatorami konkursu. W Wenecji ostrzej niż gdziekolwiek czuje się sztuczność podziału na kino dla mas i kino "artystyczne". Przyszłość będzie należeć do tych, którzy ten podział przezwyciężą.
Faust w brudzie i smrodzie
- Są filmy, które pozwalają śnić na jawie, takie, które wywołują płacz lub śmiech, i takie, które po jednym obejrzeniu odmienią cię na zawsze. To właśnie jeden z tych filmów - mówił przewodniczący weneckiego jury, reżyser Daren Aronofsky ("Czarny Łabędź"), ogłaszając decyzję jury: Złoty Lew dla "Fausta" Aleksandra Sokurowa.
"Faust", pokazany pod koniec festiwalu, wywołał zachwyty monumentalnością zamiaru, stężoną artystycznością i jednolitością autorskiej wizji, nasuwającą porównania z filmowym ekspresjonizmem niemieckim. Jednak inni - do których należę - nieśmiało przyznają, że chociaż ta swobodna adaptacja "Fausta" Goethego jest sugestywna, to jednak w całości jest odpychająca jak koszmarny, gorączkowy sen po zbyt ciężkiej kolacji.
Tym filmem Sokurow zamyka swoją filmową tetralogię, której bohaterami byli ludzi władzy: Hitler ("Moloch"), Lenin ("Cielec"), japoński cesarz Hirohito ("Słońce"). Reżyser przedstawiał ich odartych z nimbu boskości i grozy, ukazywał jako ludzi nieszczęśliwych. Jednak trudno było przy tym nie zauważyć, że detronizując i poniżając ubóstwianych przez masy XX-wiecznych władców, autor jest zafascynowany samą ideą nadczłowieczeństwa. Odrzuca dawne, totalitarne formy, ale szuka formy nowej. Porównywany do Tarkowskiego Sokurow wydaje się raczej spadkobiercą niemieckiego ekspresjonizmu i Eisensteina z jego monumentalizmem i filozoficznymi ambicjami. W filmach Sokurowa jest tamten idealizm, ale też rodzaj odrazy w śledzeniu ludzkiej marności i ukazywaniu tłumu jak robactwa. Jest coś niepokojącego w tendencji dającej się zauważyć w kilku filmach festiwalu (m.in. w dokumencie Michaela Glawoggera o prostytucji): łatwość, z jaką ukazuje się współczesny świat jako piekło, a ludzkość jako masę skazaną lub skazującą się na potępienie.
Obraz świata w "Fauście", utrzymany w jednolicie zgniłym, szarozielonym kolorze, wywołuje fizyczne wręcz odczucie brudu, który przenika całe ukazane groteskowo życie umownego niemieckiego miasteczka. XIX-wieczne kostiumy wydają się wręcz cuchnące, a cały ten świat, w którym odprawia się kościelne misteria - pozbawiony duszy. Przewijająca się w filmie enigmatyczna postać w kunsztownej sukni i czepcu, którą gra Hanna Schygulla, mówi w pewnym momencie: "vanitas vanitatum", "marność nad marnościami".
Film zaczyna się makabryczną sekcją zwłok, której dokonuje doktor Faust, zastanawiając się, w którym organie mieści się dusza człowieka. Towarzyszy mu odrażający, bezpłciowy lichwiarz, "Mefisto", o krzywej twarzy i ciastowatym ciele (ofiarna kreacja aktora teatru Dieriewo Antona Adasinskiego). Popycha Fausta do zbrodni i wymusza na nim cyrograf w zamian za miłość Małgorzaty.
Tylko raz w filmie rozwiewa się jakby przysłaniająca wszystko mgła. Obraz rozświetla się, pozbywa koszmarnej aury i w pełnych barwach ukazuje się niezwykła twarz Małgorzaty, podobna do renesansowych Madonn.
Jaki sens, pozytywny czy ironiczny, ma finał rozegrany nad islandzkimi gejzerami? Faust kamienuje "Mefista", a następnie odchodzi w dal, wołając swoje: "wyżej, wyżej!". Czy zostaje zbawiony? Czy zbawia się sam? Czy jest materiałem na nowego człowieka, czy może przeciwnie - stanie się nowym Hitlerem lub Leninem? Trudno powiedzieć.
Podobno jurorzy oglądali "Fausta" dwukrotnie. Czy przekonali się w końcu, co znaczy ten namolny i jakby pozbawiony jądra film, wypełniony sączącym się spoza kadru bełkotliwym odautorskim monologiem? Genialna wizja artysty czy popis artystycznej megalomanii? Wychodziłem z seansu nie tyle "odmieniony", ile zbity z tropu, zrażony zewnętrzną brzydotą, niepewny wartości i znaczenia tego "Fausta". Część dziennikarzy uporczywie biła brawo, część buczała. To prawda, domagamy się od jury odważnych werdyktów, trudno więc się dziwić, że Aronofsky nagrodził filmy, jakie lubi. Sęk w tym, że można nie lubić filmów Aronofsky'ego.
"Wichrowe wzgórza" jak prognoza pogody
Druga pod względem ważności nagroda - Srebrny Lew za reżyserię - przypadła równie nieoczekiwanie chińskiemu filmowi pokazanemu w konkursie bez uprzedzenia jako "niespodzianka" (to taki wenecki zwyczaj): "People Mountain People See" w reżyserii Shangjuna Caia. Tytuł nawiązuje do chińskiego zwrotu określającego mnogość: morze ludzi, góry ludzi...
Tu również dominuje obraz ludzkiego rojowiska zamieszkującego slumsy Chongqingu, największego, 35-milionowego miasta świata. Kopalnia węgla, do której trafia w końcu bohater, jest ziemskim piekłem - z tego powodu w Chinach ten film poszedł na półki. To czarne kino. Jego tematem jest zemsta, a właściwie niemożność jej spełnienia. Lao Tie, recenzentowi "The Hollywood Reporter" przypominający Charlesa Bronsona z filmu "Życzenie śmierci", jest robotnikiem z kamieniołomu, który tropi mordercę swego brata zasztyletowanego bez powodu na drodze - sceną tego okrutnego, absurdalnego zabójstwa zaczyna się film. Stopniowo odsłania się łańcuch zła, którego częścią jest również Lao Tie - ten, który usiłuje wymierzyć sprawiedliwość.
Trzecim wysoko nagrodzonym filmem o "ziemskim piekle" - najmniej udanym z wymienionych - są "Wichrowe wzgórza" Andrei Arnold, reżyserki pamiętnego świetnego "Fish Tanku". Zaangażowała niezawodowych aktorów, zredukowała do minimum dialogi - w filmie dominuje szum wiatru i krzyk ptaków. Ruchliwa, dokumentalna kamera z ręki (nagroda za zdjęcia dla Robbiego Ryana) sprawia, że bohaterowie sami wydają się częścią natury, która oczywiście jest "zła".
Przy tak radykalnej koncepcji Arnold zgubiła gdzieś istotę adaptowanej powieści, będącej historią niespełnionej miłości przechodzącej w zemstę. W Bunuelowskich "Wichrowych wzgórzach" na pytanie: "Dlaczego trzymasz tego ptaka w klatce?" - pada odpowiedź: "Bo go kocham". Miłość u Brontë jest przemocą, gwałtem, sąsiaduje z nienawiścią, ale w filmie Arnold została sama przemoc. Z historii psychologicznej Arnold zrobiła film naturalistyczny, monotonnie brutalny, nudny. Ktoś złośliwy powie: to film przyrodniczy, komunikat meteorologiczny z wrzosowisk Yorkshire pogrążonych w błocie.
Piekło to kicz
Właściwie jedyną oficjalną nagrodą odpowiadającą powszechnym oczekiwaniom był Puchar Volpiego za najlepszą rolę dla Michaela Fassbendera we "Wstydzie" Steve'a McQueena. Obok "Rzezi" Polańskiego to największy faworyt konkursu, zwyciężający w ogłaszanym codziennie rankingu krytyków. Jemu też przypadła nagroda międzynarodowej krytyki FIPRESCI, będąca często nagrodą pocieszenia dla wybitnego filmu pominiętego przez jury.
"Shame" jest ewenementem: film dla masowej widowni, mający czystość i dyscyplinę wizualną wideoartu. Studium współczesnej erotomanii, seksualnego nienasycenia, w którym i widz, i bohater (Fassbender) są wyposażeni w świadomość tego, co się odbywa, mają luksus analizowania seksualności z zewnątrz, na zimno. W ciągu kilku lat czarny brytyjski reżyser dokonał podwójnego skoku: nie tracąc żadnego ze swoich atutów, z kręgu plastyki przedostał się do kina arthouse'owego ("Głód"), a teraz rusza na podbój szerszej widowni, naruszając barierę między kinem "artystycznym" a "masowym".
Najlepsze - i nienagrodzone - filmy tegorocznego, wyjątkowo dobrze obsadzonego weneckiego konkursu wyróżniały się klasyczną formą. Należy ją cenić, bo za tą formą kryje się wyższa świadomość, a jest ona dziś w obiegu kultury czymś rzadkim. Na porządku dziennym jest apokalipsa. Złoszcząc się na werdykt, myślałem sobie, że obraz świata jako piekła, z którego wyparowały wartości, może być takim samym kiczem jak obraz jednolicie pogodny.
"Rzeź" Polańskiego, pominięta przez jury - znakomita i bardzo filmowa adaptacja sztuki Yasminy Rezy - to jakby odpowiedź tym, którzy w swoich filmach chcą mówić, jaki "jest naprawdę" człowiek, jaka jest rzeczywistość. Dzisiejsze kino artystyczne często przykuwa uwagę efektami. Polański nie potrzebuje efektów, bo umie, jak kiedyś Hitchcock, budować napięcie wewnątrz najbanalniejszej sytuacji, zagęszczać rzeczywistość.
Bohaterowie filmowi są dziś często reprezentantami idei - u Polańskiego dwa nowojorskie małżeństwa spotykające się w sprawie swoich synów niczego nie reprezentują, są takie jak wszyscy, przychodzą z życia i padają ofiarą sytuacji, w której się znaleźli. Stają się niewolnikami własnych odruchów i nieopatrznie wypowiedzianych słów. To nie świat jest piekłem, ono jest naszym dziełem. Dlaczego Polański ani jego aktorzy nie dostali żadnej nagrody? Przewrotny optymizm tego filmu mógł nie przypaść do gustu "piekielnemu" Aronofsky'emu, a poza tym - jak podał PAP za agencją Ansa - mogło "zabraknąć odwagi amerykańskim jurorom, by pozwolić wygrać koledze, niecieszącemu się sympatią w USA".
Nagrody 68. Festiwalu Filmowego w Wenecji:
Złoty Lew dla najlepszego filmu: "Faust" reż. Aleksander Sokurow (Rosja); Srebrny Lew dla najlepszego reżysera: Shangjun Cai za film "People Mountain People Sea" (Chiny-Hongkong); Nagroda Specjalna Jury: "Terraferma", reż. Emanuele Crialese (Włochy); Puchar Volpiego dla najlepszego aktora: Michael Fassbender ("Shame", reż. Steve McQueen, Wlk. Brytania); Puchar Volpiego dla najlepszej aktorki: Deanie Yip ("A Simple Life", reż. Ann Hui, Chiny-Hongkong); Najlepsze zdjęcia: Robbie Ryan ("Wichrowe wzgórza", reż. Andrea Arnold, Wlk. Brytania); Najlepszy scenariusz: Jorgos Lanthimos i Efthimis Filippou ("Alpy" Jorgosa Lanthimosa, Grecja). Nagroda krytyki FIPRESCI: "Shame", reż. Steve McQueen.