http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jaśminowe rewolucje

Wojciech Jagielski
2011-09-12, ostatnia aktualizacja 2011-09-09 17:15

Uliczne powstania w arabskich stolicach nie znalazły naśladowców w muzułmańskich krajach powstałych na gruzach Związku Radzieckiego. "Już to przerobiliśmy - twierdzi bakiński intelektualista i działacz społeczny Tarlan Gorczu. - I wiemy, że rewolucje niczego nie zmieniają".


Fot. - AFP
Kiedy uliczne bunty obaliły prezydentów w Tunezji, Egipcie i w końcu w Libii, a reżimami w Jemenie i Syrii zachwiało, wielu znawców Zakaukazia i Azji Środkowej wieszczyło, że do podobnych protestów dojdzie także na południu byłego Związku Radzieckiego. Po upadku komunistycznego imperium powstały tam satrapie, w których - podobnie jak na Bliskim Wschodzie - łamane są prawa człowieka i demokratyczne obyczaje, a władza i wynikające z niej przywileje zawłaszczone zostały przez panujące rody i klany. Korupcja i brak widoków na przyszłość były kolejnymi podobieństwami do arabskich krajów Bliskiego Wschodu.

Arabska fala rewolucyjna nie dotarła jednak do Azji Środkowej ani choćby na Zakaukazie. Choć opozycyjne partie w Kazachstanie, Uzbekistanie, Azerbejdżanie, Armenii i Gruzji, wzorem powstańców z Tunisu i Kairu, zapowiadali "dni gniewu", próby wzniecania rewolucji zakończyły się żałośnie.

Na opozycyjne wiece przychodziły ledwie setki demonstrantów, których przepędzała policja. W gruzińskim Tbilisi zwolennicy opozycji zebrali się przez parlamentem, by żądać ustąpienia prezydenta Micheila Saakaszwilego i uniemożliwić wojskową paradę z okazji Dnia Niepodległości. W przeciwieństwie jednak do antyrządowych demonstracji z lat 2007 i 2009, w których uczestniczyły dziesiątki tysięcy ludzi, tym razem na aleję Rustawelego nie przyszedł nawet tysiąc. Rozczarowani słabym odzewem demonstranci sami sprowokowali zamieszki z policją, a salwująca się ucieczką przywódczyni opozycji Nino Burdżanadze zabiła samochodem dwie osoby.

W sąsiedniej Armenii, gdzie opozycja nie może doczekać się własnej ulicznej rewolucji, nie było nawet antyrządowych wieców. Nie doszło do nich też w żadnym z pięciu poradzieckich państw Azji Środkowej. Tylko w tadżyckiej stolicy, Duszanbe, w kwietniu na placu Wolności demonstrowało przez chwilę pół setki ludzi. Występując nazajutrz w telewizji, tadżycki prezydent Imam Ali Rahman przypomniał rodakom lata 90., gdy w wyniku ulicznej rewolucji partie religijne i demokraci obalili rządy komunistów, a ci, by odzyskać władzę, wywołali wojnę domową, w której zginęło kilkadziesiąt tysięcy ludzi. "My, Tadżycy, powinniśmy pamiętać, jaką cenę płaci się za pokój i spokój - powiedział. - Przerabialiśmy już te rewolucje i odrzucamy je całym sercem".

W pustynnej Turkmenii, rządzonej do niedawna przez komunistycznego kacyka Saparmurada Nijazowa, nigdy jeszcze do antyrządowych wystąpień nie doszło. Na wszelki wypadek prezydent Kurbanguli Berdymuhammedow, dziedzic kacyka i jego dawny dentysta, polecił państwowej telewizji, radiom i gazetom (innych w Turkmenii nie ma), by w ogóle nie podawały informacji o tym, co się dzieje w Tunezji, Egipcie, Libii, Syrii czy Jemenie.

Podobne polecenia wydał też dziennikarzom prezydent sąsiedniego Uzbekistanu Islam Karimow. Uzbeccy telewidzowie nie dowiedzieli się nawet, że w Pakistanie Amerykanie zabili przywódcę Al-Kaidy Osamę ben Ladena. Karimow na wszelki wypadek i aby dać nauczkę innym, kazał wtrącić do więzienia kilku bardziej znanych i odważniejszych imamów. Sam w telewizyjnym orędziu oznajmił poddanym, że przyczyną wszelkich niepokojów na świecie jest chciwość zachodnich imperialistów, którzy gotowi są wywoływać rewolucje i wojny, byle zdobyć na własność pola naftowe.

W Kazachstanie, najbogatszym z krajów z dawnego południa ZSRR, zamiast rewolucji, która obaliłaby panującego trzecie dziesięciolecie Nursułtana Nazarbajewa, przeprowadzono wybory, które jeszcze przedłużyły jego panowanie. Nazarbajew zdobył w nich 95,5 proc. głosów, o prawie 5 proc. więcej niż podczas poprzedniej elekcji w 2005 r.



Wojciech Jagielski: W Egipcie obalono prezydenta Hosniego Mubaraka, a w Azerbejdżanie jego pomnik. W dodatku na rozkaz władz, a nie podczas ulicznych wystąpień opozycji. W Baku uliczne rewolucje jakoś się nie udają. Nie udała się kolorowa, która powiodła się na Ukrainie czy w Gruzji. Nie doszło do jaśminowych, które wywracają do góry nogami porządki w świecie arabskim.

Tarlan Gorczu: Stawianie znaku równości między Bliskim Wschodem a Azją Środkową i wyczekiwanie rewolucji w Baku czy Taszkiencie tylko dlatego, że doszło do nich w Tunisie i Kairze, zawsze wydawało mi się publicystyczną przesadą.

Ale Isa Gambar, jeden z najważniejszych przywódców azerbejdżańskiej opozycji, potrafi godzinami wymieniać podobieństwa między przedrewolucyjnym Egiptem i Azerbejdżanem, między Mubarakiem i dynastią Alijewów. Przepowiadał, że doświadczenia Tunezji i Egiptu ośmielą do wystąpień także Azerów, zastraszonych brutalnością, z jaką władze stłumiły poprzednie antyrządowe wystąpienia z 2005 r.

- Choć Azerbejdżan i inne kraje z południa b. ZSRR nie należą do najbogatszych na świecie, ludziom żyje się tu jednak znacznie lepiej niż na Bliskim Wschodzie. Dzięki pieniądzom z ropy w Azerbejdżanie w ostatnich czterech-pięciu latach doszło do wielkich inwestycji, pojawiło się wiele nowym miejsc pracy, okazji do zarobku. Ludzie stali się zamożniejsi. I nie tylko elity i nie tylko stolica kraju, Baku. Pieniądze widać też na wsi.

Władze inwestują także w oświatę. Co roku kilkanaście tysięcy studentów otrzymuje rządowe stypendia umożliwiające im naukę na zagranicznych uczelniach. W Kazachstanie, najbogatszym z krajów posowieckiego Południa, jest pod tym względem jeszcze lepiej. Im droższa staje się na światowych rynkach ropa naftowa, tym szybciej rośnie nasze bogactwo. Im ludzie zamożniejsi, z tym większą życzliwością odnoszą się do władz i z tym mniejszym zainteresowaniem słuchają opozycji usiłującej namówić ich do ulicznych wystąpień. W Azerbejdżanie nie dochodzi zresztą do tak brutalnych prześladowań opozycji jak w Egipcie czy Libii.

Ale rewolucje rzadko biorą się z biedy, częściej z rozczarowań i poczucia beznadziei.

- W Azerbejdżanie, Gruzji, Armenii czy Kazachstanie tego poczucia nie ma. Nasz los stale się poprawia. Chcemy cieszyć się tym samym, czym cieszą się mieszkańcy Berlina czy Paryża. Tymi samymi przyjemnościami życia, filmami, restauracjami, koncertami. Kiedyś nie było nas na nie stać. Dziś dzięki petrodolarom możemy ściągać do Baku czy Ałma Aty tych samych artystów, którzy występują w Europie.

Choć poza Ormianami i Gruzinami posowieckie Południe jest głównie muzułmańskie, czynnik religijny nie ma u nas większego znaczenia. Wpływ islamu powoli i stale rośnie, ale wieki rusyfikacji i komunizmu sprawiły, że jesteśmy społeczeństwami świeckimi.

Zachodni sposób życia to nie tylko dostatek i konsumpcja, ale przede wszystkim poczucie wolności, prawa człowieka. Chyba głównie o to szło demonstrantom z Kairu i Tunisu. Zażądali tego, co było im dotąd odmawiane. Gruzini, Azerowie, Kazachowie czy Tadżycy zasmakowali już wolności, więc boleśniej powinni odczuwać to, że się ich jej pozbawia.

- Nie chodzi o powód do niezadowolenia, ale o sposób jego artykulacji. W świecie arabskim jeszcze nigdy żadna zmiana nie dokonała się w sposób pokojowy. Nikomu nawet do głowy nie przyszło, by szukać kompromisu, zdobyć się na cierpliwość, nie spodziewać efektów już jutro, lecz pogodzić się z tym, że zmiana zajmie wiele, wiele lat, może pokolenia. Do niedawna i myśmy myśleli podobnie.

Co was zmieniło?

- Przeszliśmy przez wojny i zamachy stanu, które przyszły do nas wraz z wolnością po rozpadzie Związku Radzieckiego i końcu komunizmu. Niedawno przerobiliśmy też uliczne rewolucje, które miały się stać lekarstwem na nasze problemy - korupcję, biedę, pychę przywódców. Pamiętam, że kiedy pod koniec lat 80. wybuchła wojna między Azerami i Ormianami o Górski Karabach [ormiańska enklawa w Azerbejdżanie], Abulfaz Elczibej [wówczas przywódca opozycji, a później prezydent kraju] ostrzegał, że potrwa ona bardzo długo. Rok, może dwa, a może nawet i pięć lat. Byłem oburzony. Jakie pięć lat! - myślałem. - Trzeba pobić tych Ormian i problem z głowy. Tak wtedy myśleliśmy wszyscy. A dziś widzimy, że wojna trwa już ponad 20 lat i jej końca nie widać. Nie było w nas cierpliwości, lecz jedynie wiara w gwałtowne rozstrzygnięcia, które w mgnieniu oka miały wszystko naprawić.

Ale zanim wybuchły na Bliskim Wschodzie, uliczne rewolucje przetoczyły się przez posowieckie stolice. W Tbilisi, Kijowie czy Biszkeku zakończyły się sukcesem.

- Dziś widzimy, że skutki tych rewolucji są wątpliwe. Zmieniają się ludzie w rządzie, porządek zostaje ten sam. Istotne są przeobrażenia, może i powolne, ale za to nieodwracalne.

Irakli Alasania, jeden z przywódców gruzińskiej opozycji, twierdzi, że także w Gruzji kiełkuje całkiem inna kultura polityczna dopuszczająca kompromis i cierpliwość.

- Pod koniec ubiegłego roku przywódcy azerbejdżańskich partii opozycyjnych i ruchów społecznych podpisali porozumienie, w którym wyrzekli się przemocy w walce politycznej. Utworzyliśmy obywatelski ruch Izba Ludowa, którego celem jest wymuszanie na władzach demokratycznych i postępowych zmian, ale wyłącznie w pokojowy sposób. Wyrzekliśmy się rewolucji.

Prezydent Ilham Alijew musiał być wniebowzięty, ale jego koledzy z sąsiedztwa skręcali się pewnie z zazdrości. To prawdziwy luksus mieć w kraju opozycję, która nie dość, że się nie liczy w wyborach, to jeszcze przysięga, że nie sięgnie po przemoc. Ilham Alijew nie musi nawet ogłaszać się dożywotnim władcą, by panować tak długo, jak mu się zechce. Zapewne nie przystąpił do paktu o nieagresji z opozycją?

- To prawda, władze nie przystąpiły do naszego paktu o nieagresji. Podpisaliśmy go jednak nie z uwagi na rząd, lecz na społeczeństwo. A ono żadnych rewolucji sobie nie życzy. Zmian - tak, rewolucji - nie. Opozycyjne partie na Zakaukaziu i w Azji Środkowej są słabe, a w Turkmenii czy Uzbekistanie nie ma ich w ogóle. Mimo to autokratyczne reżimy się zmieniają, jedne odważniej, inne niechętnie, ale wprowadzają demokratyczne prawa i obyczaje. Aspirując o uznanie na Zachodzie, Azerbejdżan przyjął całe kodeksy zachodnich przepisów i norm. Nie wszystkie są może w pełni wprowadzane w życie, ale przynajmniej oficjalnie obowiązują, możemy się na nie powoływać, protestując przeciwko jakimś decyzjom rządu czy jego postępowaniu.

Czasy się zmieniają. Dziś żaden prezydent, żaden władca nie może występować przeciwko całemu światu, twierdząc, że ma swój kraj i swoich poddanych i będzie nimi rządził, jak mu się podoba. Na skargę przeciwko swoim przywódcom możemy się zwracać choćby do Europy i prosić się, by przymuszała nasze rządy do demokracji.

Wierzy pan, że Zachodowi zależy bardziej na azerbejdżańskiej demokracji niż na azerbejdżańskiej ropie, której nieprzerwane dostawy gwarantuje rząd? Rewolucje w Tunezji, Egipcie i Libii zaskoczyły Zachód tak samo jak tamtejszych satrapów. Dopóki nie zachwiały się ich trony, Zachód wspierał ich, bo gwarantowali mu święty spokój.

- Wierzę, że właśnie wydarzenia w świecie arabskim odmienią świat. Po tym, co stało się w Egipcie i Libii, Zachód nie będzie mógł dłużej stosować podwójnej miary. Nie będzie mógł zwalczać nieprzyjaznych sobie tyranów, a tolerować zaprzyjaźnionych, twierdząc, że są co prawdami łajdakami, ale "naszymi łajdakami". W dzisiejszym, zależnym od siebie świecie nie da się być oddzieloną od wszystkiego wyspą, ale nie da się też unikać odpowiedzialności za losy innych.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':