Od strony ideowej masowe inwestowanie w akcje pod szyldem "akcjonariatu obywatelskiego" ma być sposobem na upowszechnienie własności w Polsce. W praktyce rzesze drobnych inwestorów chcą po prostu zarobić, a ideologia ma dla nich drugorzędne znaczenie. Początki były zachęcające: drobni zarobili na
PZU, Tauronie i
GPW. Ale teraz maszynka się zacięła. W ofercie Jastrzębskiej Spółki Węglowej akcje po 136zł kupiło blisko 170 tys. drobnych inwestorów, ale na razie nie mają czego świętować. Debiut był słaby, bo ledwie 3 proc. nad kreską, a sierpniowy kryzys finansowy spowodował prawdziwą katastrofę - akcje poleciały na łeb, na szyję o blisko 40 proc. W największym dołku można je było sprzedać po 85,5 zł. Ostatnio cena oscyluje wokół 100 zł. Dla niedoświadczonych inwestorów to szok, z którego nie będzie łatwo im wyjść. Z tego powodu po ponad roku od rzucenia przez ministra skarbu Aleksandra Grada hasła budowy "akcjonariatu obywatelskiego" nadszedł czas prawdziwej próby dla tego projektu. Minister i jego doradcy mają twardy orzech do zgryzienia, bo jak tu przekonać drobnych inwestorów sparzonych na JSW, aby znowu uwierzyli w atrakcyjność kolejnych akcji sprzedawanych przez skarb państwa?
Na razie minister kupił sobie czas, bo przesunął ofertę PKO BP o kilka miesięcy. Ale problem udziału w niej drobnych inwestorów pozostał, bo resort zapewnia, że za żadną cenę nie zrezygnuje z "akcjonariatu obywatelskiego". Chcąc dalej go budować, nie ma za bardzo wyjścia, bo PKO BP to jedna z ostatnich okazji, aby zaoferować akcje spółki, która jest jednym z okrętów flagowych naszej gospodarki. Lista "narodowych sreber" jest bowiem na wyczerpaniu. Dlatego determinacja ministra nie dziwi. Ale wygląda na to, że oferta PKO BP będzie raczej próbą odbudowy niż budowy "akcjonariatu obywatelskiego".
Ale czy wyłącznie globalną dekoniunkturę można obwiniać o straty inwestorów na JSW? Akcje koncernu udało się sprzedać przed kryzysem. Skarb zainkasował 5,4 mld zł i był największym wygranym. Jednak w kręgu bankierów inwestycyjnych można spotkać się z opinią, że minister przeholował ze śrubowaniem ceny sprzedaży JSW. Kluczem do powodzenia oferty była zagranica. Chętni wLondynie się znaleźli, ale podobno nie była to ta jakość inwestorów jak przy PZU czy GPW. Najwięcej za
akcje JSW zdecydowały się bowiem zapłacić fundusze, które w obliczu kryzysu okazały się bardzo słabymi akcjonariuszami. Gdyby minister chciał mieć stabilniejszych właścicieli, musiałby zdecydować się na niższą cenę za akcję. Przesłanką przemawiającą za słabym doborem nowych akcjonariuszy jest to, że akcje JSW potaniały z grubsza dwa razy mocniej, niż spadł indeks dwudziestu największych spółek WIG, do którego JSW aspiruje. Ta nieproporcjonalna względem WIG20 przecena jest obecnie bólem głowy drobnych akcjonariuszy, którzy trzymają akcje. Jeszcze większy dramat jest udziałem tych, którzy na fali paniki pozbyli się akcji i ponieśli już realnie wielką stratę. Mści się także brak cenowego upustu dla drobnych inwestorów. To nie tylko zachęta i szansa na dodatkowy zysk, ale w czasie bessy taki upust pełni funkcję buforu, w pewniej mierze zmniejszając straty "drobnicy" po przecenie akcji.
Widać, że resort wyciąga wnioski z JSW, bo przy PKO BP sięgnął do sprawdzonych zachęt do zakupu, których jak ognia bał się użyć przy okazji wcześniejszych ofert "akcjonariatu obywatelskiego", w których podstawową zachętą miała być niewygórowana cena. Chętni na PKO BP będą mogli założyć lokaty prywatyzacyjne. Poza tym jeśli zablokują papiery na pół roku, to dostaną 3 proc. upustu. A za roczną lojalność mogą liczyć jeszcze na jedną gratisową akcję na każde 30 przetrzymanych. Nie lada sztuką będzie ustalenie ceny PKO BP korzystnej i dla skarbu, i drobnych akcjonariuszy. Po pierwsze, akcje banku są już notowane na GPW i bieżący kurs będzie "szachować" cenę sprzedaży w ofercie. Po drugie, grę na obniżkę notowań banku na GPW zapewne podejmą wielkie instytucje, aby kupić papiery w ofercie jak najtaniej. To wszystko powoduje, że drobnemu inwestorowi niełatwo będzie zrozumieć zasady wyznaczania ceny sprzedaży, i utrudni kalkulację, czy da się zarobić. Czy proponowane zachęty wystarczą, aby znowu zmobilizować rzeszę detalistów? Sprzedawanie akcji w drugiej ofercie publicznej podczas słabej koniunktury to trudne zadanie. W 2000 r. rząd sprzedawał drobnym akcje Pekao SA za ponad 300 mln zł, ale i tak nie znaleźli się chętni na wszystkie papiery, bo przed ofertą była głęboka bessa i akcje Pekao SA mocno potaniały. Nie pomógł nawet wysoki, bo aż 10-proc. upust od ceny płaconej przez instytucje finansowe. Zapisało się jedynie 5,3 tys. inwestorów, a dwa lata wcześniej w pierwszej ofercie było ich aż 90 tys. O tej lekcji też warto pamiętać. _