Doradcy prezydenta twierdzą, że ustawa o nasiennictwie to bubel prawny, który wprowadza chaos legislacyjny (nowe prawo zakazuje kupowania i sprzedawania nasion GMO, ale jednocześnie zezwala na wpisywanie ich do krajowego rejestru nasion). Tego nie wiem. Wiem natomiast, że nie ma ona faktycznego znaczenia dla przyszłości upraw GMO w Polsce.
Warunki uprawy i hodowli w Polsce takich roślin określa inna ustawa, która leży w Sejmie i czeka na nowych parlamentarzystów. Na wszelki wypadek posłowie przed wyborami już się nią nie zajmą, bo jest kontrowersyjna i nie zadowala żadnej ze stron.
Zwolennicy upraw roślin z GMO są rozczarowani ograniczeniami, jakie nakłada na hodowców, dla przeciwników dopuszczenie jakiejkolwiek uprawy z GMO w ogóle nie wchodzi w grę. A społeczeństwo się boi. Mimo że nie ma żadnych poważnych badań naukowych, które dowiodłyby szkodliwości tych roślin dla ludzi, to zdecydowana większość z nas ich nie chce. Te lęki są rozgrywane przez przeciwników i zwolenników GMO.
Tymczasem, chcemy tego czy nie, świat nie ucieknie od GMO, bo te rośliny są jedynym skutecznym sposobem walki z głodem. Trzeba zobaczyć w nich nie zagrożenie, ale szansę, która zapewni pokarm rosnącej liczbie ludności przy stale kurczących się obszarach rolnych. Tak się stało np. w Tajlandii, gdzie po wprowadzeniu ryżu z GMO udało się znacznie ograniczyć głód. Takie rośliny dają po prostu znacznie większe plony przy znacznie mniejszych kosztach produkcji, bo są odporne na szkodniki, choroby, suszę itd. To także szansa na ograniczenie stosowania w uprawach chemii - nawozów sztucznych, środków chwastobójczych i ochrony roślin.
Ponieważ ludzie w Europie boją się nieznanego im GMO i chcą mieć zdrową żywność (cokolwiek to znaczy), Unia nie podejmuje jednoznacznych decyzji i przerzuca gorący kartofel do rąk krajów członkowskich. Niech tam politycy podejmują niepopularne decyzje. Jedne kraje dopuszczają więc takie uprawy, inne nie. Powstaje kompletny galimatias i fikcja - nie da się z małego stosunkowo obszaru Unii, na którym towary swobodnie przepływają przez granice, wydzielić skutecznie enklaw bez GMO.
Polska poszła jeszcze dalej. Jako jedyny kraj w Unii jeszcze w czasach rządów PiS wprowadziliśmy ustawę zakazującą
importu pasz z GMO. Na szczęście dla naszego rolnictwa prezydent
Lech Kaczyński wprowadził poprawkę i do końca roku 2012 ustawa jest zawieszona. Co by się stało, gdyby weszła w życie? Nie byłoby dziś polskiej hodowli zwierząt, bowiem z upraw GMO pochodzi ponad 90 proc. soi, która jest podstawowym źródłem białka.
Soję sprowadzamy, bo nasz klimat nie pozwala na jej uprawianie. Można by co prawda kupić te kilka pozostałych procent, jakie jeszcze się na świecie poniewiera, bez GMO, ale cena jest nieporównywalnie wyższa, więc nasi hodowcy by splajtowali. Konsumenci, którzy dziś tak chętnie głosują za zdrową żywnością i przeciwko GMO, kupowaliby kotlety schabowe ze świń karmionych soją z GMO sprowadzane z innych krajów.
Soi nie zastąpi rodzime białko z rzepaku czy bobiku, bo te nasze rośliny zawierają związki szkodliwe dla zwierząt, więc nie można ich za dużo podawać.
Tak czy inaczej w 2012 r. przyszły parlament musi się zająć i ustawą o paszach - kolejną bezpośrednio dotyczącą GMO.
Ale tak naprawdę na spory wokół GMO jest już za późno.
USA,
Argentyna, wielcy światowi producenci żywności już zdecydowali, dyskusję o GMO mają za sobą i rośliny genetycznie modyfikowane uprawiają na wielką skalę. To stamtąd płyną do Europy statki z genetycznie modyfikowaną soją i kukurydzą, którymi potem hodowcy unijni karmią zwierzęta. Ich mięso od lat trafia na nasze stoły - GMO jemy od lat, nawet o tym nie wiedząc.