Wieloletnia symbioza
SKOK-ów obsługujących ponad 2 mln Polaków z partią Jarosława Kaczyńskiego została oficjalnie usankcjonowana. Nikt już nie zdoła wmówić opinii publicznej, że SKOK-i to wyłącznie misyjna organizacja, która tylko przypadkiem ustawia swe punkty na spotkaniach sympatyków Radia Maryja, ulotki rozdaje na pielgrzymkach, a reklamy lokuje w prawicowych mediach.
Przez kilka lat opisywałem w "Gazecie" wątpliwości wobec działań centrali tych kas: niejasne przepływy pieniędzy, brak demokracji w zarządzaniu, przenoszenie pieniędzy za granicę, zaniżanie rezerw na niespłacone kredyty. Cytowałem wyliczenia m.in. Banku Światowego, że SKOK-i mają za mało kapitału. Prezes Bierecki od polemiki twarzą w twarz wolał potyczki sądowe w obstawie tabunu prawników opłacanych z kieszeni członków kas. Mimo to sąd kilkakrotnie już przyznał rację "Gazecie".
SKOK-i wiele zawdzięczały wsparciu
PiS. Partia ta forsowała w Sejmie korzystne dla nich zapisy. Przykłady: • przedłużenie zwolnienia podatkowego; • próba wyłączenia z ustawy antylichwiarskiej niskokwotowych pożyczek SKOK-ów („chwilówek”); • plan zmonopolizowania pośrednictwa w prowadzeniu upadłości konsumenckiej.
Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu SKOK-i zawdzięczają to, że nie zostały poddane nadzorowi państwa na równi z bankami.
Lech Kaczyński skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę autorstwa PO poddającą SKOK-i kontroli Komisji Nadzoru Finansowego. Szefowie centrali SKOK-ów zapewniali dotąd, że sprzeciwiają się tylko złemu prawu. Ale gdy Bierecki ujawnia swe ambicje polityczne, jest już jasne, że walka przeciw objęciu SKOK-ów nadzorem bankowym miała drugie dno.
PiS chce zapewnić Biereckiemu posadę senatorską i immunitet. Z biologii wiadomo, że na symbiozie korzystają obie strony.