Uciekli z Somalii do Kenii. Jedni przed wojną domową, która wybuchła w 1991 r. i ciągle się nie skończyła. Inni - ostatnio - przed suszą w Rogu Afryki. Takiej straszliwej nie było od 60 lat. Zostawiali cały majątek, padłe zwierzęta, pola, na które od ponad trzech lat nie spadła kropla deszczu.
Spotkali się w największym na świecie kompleksie obozów dla uchodźców. Ifo, Hagadera i Dagahaley położone są 100 km od granicy, wokół kenijskiej wsi Dadaab. To niekończąca się pustynna równina usiana tysiącami namiotów i szałasów wzniesionych ze wszystkiego co było pod ręką: konarów drzew, plastikowych toreb, starych koców.
Obozy powstały w 1991 r., by pomóc ofiarom wojny domowej, zaplanowano je na 90 tys. ludzi. Teraz w Dadaab mieszka 380 tys. osób, a ponad 100 tys. z nich przybyło w tym roku z powodu suszy. Według organizacji Lekarze bez Granic ich liczba wzrośnie do 450 tys pod koniec roku. - W tej chwili przyjmujemy ponad 1000 osób dziennie tylko w tym obozie - mówi Aden Sirat Olow, pracownik społeczny w Dagahaley.
W 1991 r. pierwsi uchodźcy ułożyli sobie relacje z mieszkańcami Dadaab według tradycyjnych praw. Przestrzegały ich obie strony: za złamanie komuś ręki płacono 1500 kenijskich szylingów (ok. 12 euro), za gwałt - cztery krowy lub "odszkodowawcze" małżeństwo z ofiarą.
Ale wraz z napływem coraz większej liczby ludzi pojawiały się nowe problemy, których nie daje się tak łatwo rozsądzić: wycinanie lasów i zużywanie wody, kradzieże zwierząt lub wypasanie swoich na terenach należących do miejscowych.
W obozach wzrosła przestępczość, a Kenijczycy zaczęli oskarżać uchodźców o wojenne zdziczenie. - Tylko w tym roku zabito w obozach 21 osób. Ale kenijska
policja nic nie robi - narzeka Isnina Ali Rage, lat 46, obecna przewodnicząca uchodźców w obozie Ifo. - Większość przestępstw popełniają młodzi ludzie, dla których nie ma ani szkół, ani pracy.
Co trzy lata mieszkańcy każdego obozu wybierają swoich przedstawicieli, kobietę i mężczyznę. Reprezentują oni uchodźców przed zarządzającym obozami UNHCR (Urząd Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców), innymi organizacjami pozarządowymi i rządem kenijskim. Co dwa tygodnie UNHCR i inne organizacje rozdzielają żywność z magazynów. Żywność wydawana jest na podstawie kart zaopatrzenia, które każdy dostaje po zarejestrowaniu się w obozie. Organizacje pozarządowe są też odpowiedzialne za dostarczanie wody. Płynie ona wodociągiem aż z Nairobi, a na jedną osobę przypada od 20 do 60 litrów dziennie, zależnie od tego, czy to sucha, czy deszczowa pora roku.
Cały obóz to ziemia niczyja. Uchodźcy nie mają prawa go opuszczać, nie mają też możliwości powrotu do ojczyzny ciągle pogrążonej w wojnie i pozbawionej rządu.
Podczas gdy nowo przybyli dosłownie walczą o przeżycie, stojąc godzinami w piekącym słońcu, by dostać worek mąki kukurydzianej od UNHCR, ci, którzy osiedlili się ponad dziesięć lat temu, zdołali sobie stworzyć namiastkę normalnego życia. Otworzyli sklepiki i małe firmy, posyłają dzieci do szkoły, słuchają koncertów, chodzą do restauracji. A młodzi nie chcą już wracać do Somalii i uważają obóz za swój dom. Ci, którzy przybyli miedzy 1991 a 1992 r., mają szanse wyjechać do Europy lub Ameryki Północnej. Dzięki programom przesiedleńczym prowadzonym przez UNHCR korzysta z tego co roku około 3 tys. uchodźców.
Isaac Mohammed: modliłem się, żeby nie umarł Mam 50 lat. Miałem małą farmę i sto zwierząt w okolicach Buuale. Z powodu suszy przez cztery ostatnie lata nic nie urosło na moim polu, a moje bydło wyzdychało.
Od dłuższego czasu myślałem, by wyjechać do Kenii. Jednak zdecydowałem się dopiero, gdy mój trzyletni syn Mohammed Issa Mohammed zachorował na skutek ciężkiego niedożywienia. Za wszystkie pieniądze, jakie mi zostały, wynająłem wóz z osłem i z moimi dwiema żonami i dziewięciorgiem dzieci ruszyliśmy w drogę.
Przez 18 dni trzymałem syna na kolanach, modląc się, żeby nie umarł. Przez całą drogę bardzo trudno było znaleźć wodę.
Kiedy w obozowym szpitalu lekarz powiedział mi, że syn będzie żył, poczułem wielką ulgę i szczęście. Jestem w szpitalu razem z nim, bo moja żona kilka dni temu urodziła kolejne dziecko i jeszcze nie doszła do siebie. Za kilka dni Mohameda zwolnią i wtedy będę musiał zacząć myśleć o nowym życiu tutaj. Chciałbym wrócić do Somalii, jak tylko będzie to możliwe, ale - patrząc realnie - życie w obozie jest najlepszą rzeczą, o której mogę teraz marzyć.
Adey Salat: Czekam na męża Szliśmy 25 dni w palącym słońcu. Ja i pięcioro dzieci. Nie mieliśmy pieniędzy, żeby zapłacić za transport, bo na naszym polu koło Dinsor z powodu suszy nic nie rosło.
Najstarsze dziecko ma 12 lat, najmłodsze osiem miesięcy. Droga była bardzo ciężka, zwłaszcza że byliśmy zupełnie sami. Kilka kilometrów od granicy zatrzymali nas bandyci, grozili nam i żądali pieniędzy. Gdy zorientowali się, że nic nie mamy, mocno nas pobili. Bardzo bałam się o dzieci. W końcu, po kilku godzinach, puścili nas. To było pięć miesięcy temu.
Myślałam, że w obozie będzie na nas czekał dach nad głową i dużo jedzenia, ale nadzieje szybko się rozwiały. Musiałam sama zbudować zadaszenie z gałęzi i kawałków plastiku, żebyśmy mieli gdzie mieszkać.
Racje żywności, które dostajemy co dwa tygodnie, są za małe. Czasem starczają tylko na cztery dni, bo część produktów muszę wymieniać na mleko i herbatę dla dzieci. W odróżnieniu od wielu Somalijczyków nie mam tu krewnych, na których mogłabym liczyć. Kiedy kończy nam się żywność, dosłownie błagam innych uchodźców o pomoc. Na szczęście litują się nade mną.