Gdy Tomasz Nałęcz zostawał przewodniczącym komisji badającej sprawę Rywina, wszyscy byli przekonani, że został tam delegowany, by pilnować interesów SLD. Profesor szybko wybił się na niepodległość zaskakując zarówno swoich kolegów po lewej stronie (sam nie był w SLD, a w Unii Pracy), jak i politycznych konkurentów. Andrzej Czuma trochę zapatrzył się w tamten - co tu gadać - trudny do naśladowania wzór. I może pomyślał sobie, że też chce zapisać się w historii komisji śledczych, która od czasów Rywina stała się już równią pochyłą. Zresztą niewielu już pamiętało, że komisja naciskowa w ogóle istnieje, a już prawie nikt nie spodziewał się, że tuż przed wyborami przedstawi efekt czteroletnich prac, prac prowadzonych w atmosferze awantur i bezwartościowych słownych przepychanek.
Tak, Czuma postanowił przypomnieć o sobie. Rzucił na stół swoje przemyślenia. W końcu się napracował, z małą przerwą na pobyt w Ministerstwie Sprawiedliwości przez trzy lata pilnie studiował dokumenty i badał, jak to było za rządów
PiS. Szef komisji do spraw nacisków w IV RP żadnych nacisków nie znalazł. IV RP pod rządami Jarosława Kaczyńskiego była państwem praworządnym, a demokracja funkcjonowała bez zarzutu. Premier Kaczyński wraz z ministrem Ziobrą i szefem CBA Mariuszem Kamińskim nie interesowali się śledztwami prowadzonymi przez prokuratorów, a CBA nie próbowało wodzić słabych obywateli na manowce, wysyłając na kuszenie pięknych kobiet równie pięknego agenta.
Nigdy też ten praworządny i kochający demokrację rząd nie organizował prowokacji, nie podsłuchiwał na szeroką skalę obywateli ani nie prowadził akcji, która miała skompromitować wicepremiera własnego rządu.
Komisja śledcza do spraw nacisków od początku była poronionym pomysłem, co potwierdza jej finał. Prace komisji w żaden sposób nie wpłynęły na jakość demokracji, nic nie zmieniły w funkcjonowaniu państwa. Dały jedynie rozgrzeszenie dla dwóch lat rządów PiS-u, co z satysfakcją powtarzają i będą powtarzać jej liderzy. Takiego prezentu na progu kampanii naprawdę nie mogli się spodziewać. Ale raport Czumy daje też wszelkiej maści politykom rozgrzeszenie na przyszłość, znaczy, że można bezkarnie podsłuchiwać, można wysyłać agentów w luksusowych samochodach z torbami pełnymi pieniędzy. A nuż ktoś weźmie.
Czuma startuje z szóstego miejsca na liście warszawskiej, której liderem jest Donald Tusk. Ten sam, który nie tak dawno przestrzegał w Teatrze Dramatycznym przed powrotem do władzy PiS-u. Trudno o mniej spójny obraz strategii wyborczej. Czuma nie tylko zrobił dobrze PiS-owi, ale też wszystkim innym konkurentom PO. SLD z satysfakcją zaciera ręce i sufluje teorię o jakimś dogadaniu i powrocie do PO-PiS-u, choć oczywiście jest to niemożliwe.
Premier Tusk, zirytowany pytaniami o raport Czumy, powiedział dziennikarzom, że chyba zatracili poczucie tego, czym tak naprawdę martwią się Polacy - kursem franka, spadającą giełdą i potencjalnym
kryzysem gospodarczym. Tak, raport Czumy to na pewno temat zastępczy, tylko w takim razie, Panie Premierze, po co było powoływać tę komisję śledczą i czemu nie można było jej rozwiązać, zanim doszła do konkluzji. Teraz mleko się wylało. Rząd może sobie mówić o gospodarce i przedstawiać swoje dokonania, a opozycja i tak nie przestanie wymachiwać raportem. A jeszcze dostała dodatkowe paliwo w postaci afery wałbrzyskiej, której Platforma, mimo starań, nie rozwiązała skutecznie.
Katarzyna Kolenda-Zaleska (Fakty TVN)