Na zlecenie Polskiego Radia współpracujący z nim stale Instytut Homo Homini zapytał telefonicznie "reprezentatywną grupę Polaków" (1100 osób) "czy Pana/Pani zdaniem raport komisji Jerzego Millera ostatecznie wyjaśnia przyczyny katastrofy smoleńskiej?". "Nie" odpowiedziało 47,1 proc. ankietowanych. "Tak" 29 proc. Nie miało sprecyzowanej opinii 23,9 proc.
Sondaż przeprowadzono w piątek, czyli w dniu ogłoszenia raportu. Na pierwszy rzut oka rezultat jest imponujący. Bo wynika z niego, że w ciągu kilku godzin trzy czwarte Polaków zdążyło zapoznać się z kilkusetstronicowym raportem lub przynajmniej obejrzeć trzygodzinną konferencję prasową komisji i wyrobić sobie w tej sprawie zdanie.
Gdyby tak było, w piątek ulice polskich miast by wymarły, drogi, plaże i sklepy by opustoszały, telewizje informacyjne, które transmitowały konferencję, pobiłyby historyczne rekordy oglądalności, a serwery rządowych instytucji, które udostępniły raport, padłyby pod presją wielu milionów wejść. Wiemy, że nic takiego się nie stało.
Historyczny rekord oglądalności największej polskiej stacji informacyjnej wynosi ok. 1,5 mln widzów. Wszystkie razem nigdy nie osiągnęły trzech milionów naraz.
Zanim badanie zostało wymyślone, zlecone, wykonane i opublikowane, można było ze stuprocentowym prawdopodobieństwem przyjąć, że ponad 80 proc. pytanych nie będzie miało bladego pojęcia, o czym mówią. Ktoś w Polskim Radiu postanowił jednak wydać na takie badanie publiczne pieniądze. Instytut zlecenie przyjął. W sobotę serwisy Polskiego Radia z powagą podawały wynik.
Po co? Jaką wiedzę o świecie chciało społeczeństwu przekazać polskie publiczne
radio? Jadąc kilka godzin przez Polskę, słuchałem sobotnich serwisów Jedynki i zachodziłem w głowę, jakaż mianowicie myśl mogła się błąkać po głowach kolegów biorących udział w takim przedsięwzięciu.
Ludzi z Homo Homini po ludzku rozumiem. Płacą im, to pytają. Jakby im
Polskie Radio zapłaciło, toby zapytali "reprezentatywną próbę", czy prezes albo
papież ma włosy na plecach i też by jakąś odpowiedź dostali.
Co, do jasnej cholery, myśleli goście z
radia? Czego się chcieli dowiedzieć, pytając ludzi, o coś, o czym pytani oczywiście nie mają pojęcia? Co mieli na myśli, nadając wynikom tego sondażu tytuł "Raport nie przekonał co drugiej osoby"? Czy kiedykolwiek słyszeli, by kogoś przekonał kompletnie nieznany mu raport? Równie dobrze mogli zapytać Polaków, czy ich przekonuje najnowszy program koreańskiej partii komunistycznej.
Bo zdecydowana większość respondentów nie tylko nie znała raportu, ale zapewne nie zetknęła się nawet z poważną analizą. Może najwyżej usłyszeli coś jednym uchem w przelocie. Ale nie wiemy którzy. Nie wiemy nawet, czy ci, którzy czytali raport lub oglądali konferencję komisji, są bardziej zadowoleni, niż ci, którym o publikacji powiedział ankieter.
Nic praktycznie z tego badania nie wiemy. Poza tym, że mniej niż jedna czwarta pytanych miała dość rozumu lub asertywności, by nie znając raportu, powiedzieć ankieterowi, że nie mają na jego temat zdania.
Gdyby sondaż dotyczył czyichś włosów na plecach albo tego, kto ma zgrabniejsze nogi - Kaczyński czy Komorowski - tobym się nie wściekał. Michałki rządzą się swoimi prawami. Ale chodzi o narodową traumę, w której jak w soczewce skupiły się detalicznie opisane przez komisję Millera polskie narodowe przekleństwa z bylejakością na czele. Bardzo bym chciał szefów radia przekonać, żeby przynajmniej w takich sprawach próbowali się temu przekleństwu oprzeć.