http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Mojego kraju już nie ma

Jo Nesbo*
2011-07-29, ostatnia aktualizacja 2011-07-28 23:39

Kiedy wybuchła bomba i kiedy zaczęły napływać wiadomości o strzelaninie na Utoya, spytałem córkę, czy się boi. Odpowiedziała: "Boję się. Ale jeśli człowiek się nie boi, to nie może być dzielny".

Jo Nesbo
Fot. Stian Andersen
Jo Nesbo
Kilka dni przed zamachami na Utoi rozmawiałem z przyjacielem o tym, jak radość życia podąża ramię w ramię ze smutkiem wywołanym zmiennością rzeczy, bo nawet najjaśniejsza przyszłość nie jest w stanie zrównoważyć faktu, że nie ma żadnej drogi prowadzącej do tego, co już było.

Do niewinności dzieciństwa. Do pierwszego zakochania. Do zapachu lipca, do źdźbeł trawy kłujących w spocone plecy, do skoku z nagrzanej słońcem skały wprost do lodowatej wody norweskiego fiordu, kiedy nos i usta wypełnia smak soli i lodowca. Nie ma drogi powrotu do chwili, kiedy miałeś siedemnaście lat i z dziesięcioma frankami w kieszeni stałeś w porcie w Cannes, obserwując, jak kobietę z pudlem i kartą kredytową wiozą z jachtu na ląd łodzią wiosłową dwaj mężczyźni w idiotycznych białych uniformach. To uświadomiło ci, że społeczeństwo egalitarne, z którego sam się wywodzisz, jest wyjątkiem, a nie regułą. Albo kiedy stałeś z wybałuszonymi oczami przed obcym parlamentem otoczonym strażnikami z bronią automatyczną. Na ten widok kręciłeś głową z rezygnacją pomieszaną z samozadowoleniem: tam, skąd pochodzę, niczego takiego nie potrzebujemy.

Pochodziłeś bowiem z kraju, w którym lęk przed drugim człowiekiem nie zdołał się zakorzenić. Z kraju, który można było opuścić na trzy miesiące, podczas podróży przeżyć dwa zamachy stanu, klęskę głodu, masakrę w szkole, atak terrorystyczny, tsunami, a po powrocie do domu poczytać gazety i odkryć, że jedyną nową rzeczą są krzyżówki. Z kraju zabezpieczonego finansowo, odkąd w latach 70. znaleziono ropę, a w którym najważniejsze decyzje polityczne zapadły tuż po II wojnie światowej, w którym panował wszechogarniający konsensus, a debaty w głównej mierze dotyczyły najlepszych sposobów osiągania celów, co do których zgodni byli wszyscy od prawego skrzydła po lewe. Z kraju, który za najlepsze rozwiązanie dla siebie uznał pozostanie na zewnątrz, który zdecydował, że nie przyłączy się do Unii Europejskiej, chociaż za członkostwo w niej większość małych krajów dałaby sobie uciąć prawą rękę. Debaty ideologiczne pojawiły się dopiero wtedy, kiedy zaczęła się wdzierać rzeczywistość świata zewnętrznego, kiedy naród, który do lat 70. składał się niemal wyłącznie z ludzi o takim samym pochodzeniu etnicznym i wywodzących się z tej samej kultury, musiał sobie odpowiedzieć na pytania, czy nowi krajanie będą mogli nosić hidżab i budować meczety oraz kiedy wysłać żołnierzy do Afganistanu i Libii.

Ale obraz Norwegii sprzed 22 lipca 2011 roku przypominał portret dziewicy: przyroda nietknięta ludzką ręką, życie społeczne nieskalane chorobami cywilizacji.

To oczywiście przesada, wystarczy poczytać rejestr karny. Ale jednak: w czerwcu premier Norwegii Jens Stoltenberg wraz z niżej podpisanym i wspólnym przyjacielem jechali na rowerach ulicami Oslo, bo zamierzali się powspinać na skale w lesie położonym w granicach tego wielkiego małego miasta. Kilka metrów za nami jechało dwóch ochroniarzy, również na rowerach. Kiedy zatrzymaliśmy się na czerwonym świetle, do premiera podjechał samochód. Kierowca opuścił szybę i zawołał go po imieniu: "Jens!". Fakt, że Norwegowie zwracają się do głównej osoby rządzącej państwem po imieniu, jest tradycją w duchu egalitaryzmu, której już dawno przestałem się dziwić. "Mam tu młodego człowieka, który byłby bardzo zaszczycony, gdyby mógł się z tobą przywitać".

Jens Stoltenberg uśmiecha się i wymienia uścisk ręki z chłopczykiem na siedzeniu pasażera. Mówi: "Cześć, jestem Jens". Premier ma na głowie kask rowerowy, chłopiec jest przypięty pasami, obaj zatrzymali się na czerwonym świetle. Ochroniarze znajdują się w niekrępującej odległości. Oni też się uśmiechają. To obraz bezpieczeństwa i wzajemnego zaufania. Codziennej oczywistej norweskiej idylli. Tego, co uważaliśmy za normalne. No bo co się mogło stać? Mieliśmy przecież kaski, pasy bezpieczeństwa i przepisy ruchu drogowego, których przestrzegaliśmy.

Oczywiście, że coś się mogło stać. Zawsze może.

W lutym w Oslo odbywały się mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym. Norwescy zawodnicy zdobywali medale i co wieczór podczas ceremonii ich wręczania w centrum Oslo gromadziło się ponad 100 tys. rozentuzjazmowanych Norwegów radośnie świętujących ich sukcesy. 25 lipca zebrało się 150 tys. spośród 600 tys. mieszkańców Oslo połączonych żałobą. Kontrast był uderzający. Ale uderzało również podobieństwo. Obie te sytuacje ukazywały prawie nieoczekiwaną siłę uczuć społeczeństwa, którego cnotą narodową jest opanowanie, a które określenie "zachować chłodną głowę" powtarza częściej niż "mieć gorące serce". Nawet na nas - czujących odruchową awersję do narodowego samouwielbienia, flag, patetycznych słów i euforii radości czy smutku tłumu - niezatarte wrażenie wywiera okazywanie przez ludzi, że naprawdę liczą się myśli i wartości idealistyczne, które odziedziczyliśmy, a z czasem zaczęliśmy uważać za oczywiste. Owszem, to symboliczne gesty, które pojedynczego człowieka niewiele kosztują, ale nie są to gesty pozbawione treści. One mówią, że nikomu nie pozwolimy na odebranie nam tego poczucia bezpieczeństwa i ufności. Że nie zamierzamy przegrać tej walki ze strachem.

Jest taka wola.

A mimo to nie ma żadnej drogi powrotu do tego, co było.

Wczoraj w pociągu usłyszałem wściekle krzyczącego mężczyznę. Przed 22 lipca odruchowo bym się odwrócił, może podszedł bliżej, może okazałoby się, że to jakiś interesujący spór, w którym po trzeźwej ocenie argumentów mógłbym zająć stanowisko. Albo - co byłoby jeszcze lepsze - mógłbym razem ze współpasażerami stanąć w obronie kobiety. Tym razem jednak odruchowo obejrzałem się na córkę. Sprawdziłem, czy jest bezpieczna, oceniłem możliwości ucieczki. Ta moja nowa odruchowa reakcja prawdopodobnie z czasem będzie miała powody, by zblaknąć. Ale już wiem, że nigdy, nigdy nie opuści mnie całkiem. Data 22 lipca będzie się powtarzać co roku. Do ostatnich dni współcześnie żyjących Norwegów będzie im przypominać, że nic nie można przyjąć za pewnik. Mimo kasków i pasów bezpieczeństwa. Kiedy wybuchła bomba, której huk słychać było wyraźnie w tym miejscu Oslo, gdzie mieszkam, i kiedy zaczęły napływać wiadomości o strzelaninie na Utoi, spytałem córkę, czy się boi. Odpowiedziała, cytując to, co sam jej kiedyś powiedziałem:

"Boję się. Ale jeśli człowiek się nie boi, to nie może być dzielny".

Więc nawet jeżeli nie ma drogi powrotu do tego, co było kiedyś, do niewinności, do całkowitego nieświadomego, naiwnego braku lęku, to istnieje droga naprzód. Trzeba być dzielnym. Robić to, co wcześniej. Nadstawiać drugi policzek, pytając: "To już wszystko, co miałeś do powiedzenia?". Nie pozwolić, żeby to strach dyktował warunki, na których dalej będziemy budować nasze społeczeństwo.

przeł. Iwona Zimnicka

*Jo Nesbo

(ur. w 1960 r. w Oslo) Jeden z najbardziej znanych norweskich pisarzy, muzyk rockowego zespołu Di Derre. Autor kryminałów, m.in. „Człowieka-nietoperza”, „Pierwszego śniegu”, „Pentagramu” i „Czerwonego gardła”. Ta ostatnia powieść została uznana przez czytelników za najlepszy norweski kryminał wszech czasów. W Polsce jego książki ukazują się w Wydawnictwie Dolnośląskim..

Tytuł pochodzi od redakcji

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 35 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    30 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':