Na ekranie komputera oglądamy film nakręcony telefonem komórkowym. Widać wyraźnie dziewięciu bojowników. Biegają w zaroślach, krzyczą, niektórzy strzelają do niewidzialnego na filmie celu.
Wśród nich wyróżnia się mężczyzna z długimi, rozpuszczonymi włosami. Tylko on jest uzbrojony w granatnik. Autor filmu zrobił dwa zbliżenia jego twarzy.
Kilkanaście miesięcy po nakręceniu tych zdjęć film wpada w ręce oficera polskiego wojska, a potem trafia do służb specjalnych. Rozpoczyna się tajna operacja, której głównym celem jest mężczyzna z rozpuszczonymi włosami.
11 sierpnia 2009 r., Afganistan, prowincja Ghazni, dystrykt Adżrijstan Afgańczycy ze specjalnego oddziału komandosów wytrenowanego przez Amerykanów dobrze znają cel. To mała chatka na skraju wioski położonej kilka kilometrów na południe od Usman Khel.
Wieść o zabiciu polskiego oficera rozeszła się już po całej okolicy i wieśniacy uciekli ze swoich domostw, bojąc się odwetu wojska. Wczoraj polscy komandosi z GROM-u i amerykańscy z oddziału specjalnego ODA przeczesali całą okolicę, dom po domu. Zatrzymali kilkanaście osób podejrzanych o współpracę z talibami, większość z nich bez zbędnych ceregieli wywieźli do polskiej bazy Ghazni. Starszyźnie zapowiedzieli: będziemy was gnębić, dopóki ciało polskiego oficera się nie znajdzie.
Kilku afgańskich komandosów wchodzi teraz do glinianej chałupy. Ciało Ambrozińskiego leży na podłodze, w głównej izbie. Jest przykryte słomą. Są na nim rany od kul i okrutne okaleczenia dokonane już po śmierci. Afgańczycy wkładają je do worka. Chwilę później wiedzą już o tym najważniejsi ludzie w Polsce.
Miesiąc wcześniej, 11 lipca 2009 r., Adżrijstan Pod osłoną nocy polscy żołnierze wyskakują z amerykańskich śmigłowców, które przed chwilą wylądowały na tym górzystym terenie. Tym razem się udało. Wcześniej polskie śmigłowce transportowe Mi-17 odmówiły posłuszeństwa - nie potrafiły wznieść się na tyle, by lecieć w górach mierzących 4000 m.
Stary budynek administracji lokalnej postawiony na fundamentach starego fortu Sangar stoi na wzgórzu, które pnąc się pod kątem ok. 45 stopni, uniemożliwia frontalny atak. W 2006 r. talibowie wyrżnęli w pień pilnujących go policjantów, ale teraz budynku nikt nie broni. Polacy zajmują go bez jednego wystrzału. Ze wzgórza widzą rozciągającą się poniżej dolinę z wioską Usman Khel.
Adżrijstan, opanowany przez talibów dystrykt "polskiej" prowincji Ghazni, miał w efekcie tej akcji zagłosować we wrześniowych wyborach prezydenckich. Choćby kilkanaście głosów oddanych w Adżrijstanie miało być policzkiem dla bojowników, którzy od kilku lat mieli tu własną administrację i sądownictwo. Od początku operacji NATO do przybycia Polaków w Adżrijstanie nie pokazał się żaden żołnierz koalicji. Talibowie czuli się tu jak u siebie.
- Rajd na Adżrijstan należało przeprowadzić kilka miesięcy przed wyborami. Decyzja zapadła na najwyższym szczeblu, między amerykańskim dowództwem operacji na wschodzie Afganistanu a tamtejszym ministerstwem obrony - twierdzi nasz rozmówca z resortu obrony. - Rozkazy poszły do polskiego dowódcy.
Teraz prasę obiegły zdjęcia biało-czerwonej flagi zatkniętej na siedzibie fortu w Sangar. Nasze dowództwo nazwało Adżrijstan "strategicznie ważnym punktem prowincji Ghazni" i zapewniło, że wojsko stworzy tam warunki do przeprowadzenia głosowania.
W każdej wsi w Adżrijstanie działa grupka bojowników podległych jednemu komendantowi. W większych osadach - nawet kilka takich oddziałów. Liczą po kilku-kilkunastu mężczyzn. To Pasztuni nienawidzący rządu Hamida Karzaja i zachodnich żołnierzy na swojej ziemi. Inni są tak zastraszeni przez bojowników, że wolą współpracować z talibami, niż ryzykować śmierć swoją i najbliższych.
- Za górami, na wschód od Sangar, znajduje się pustynia i tam, udając koczowników, talibowie prowadzili już od wiosny obozy szkoleniowe - opowiada jeden z polskich żołnierzy z Adżrijstanu.
Szkoleniem zajmowali się komendanci, sami nauczeni walki w obozach w Kandaharze i Pakistanie. Rozbijali namioty, przy których przywiązywali wielbłądy, i uczyli swoich ludzi obsługi kałasznikowów, ręcznych granatników przeciwpancernych, podkładania min-pułapek, organizowania zasadzek, a także ustawiania punktów kontrolnych.
- To ważny element działalności talibów w Adżrijstanie - twierdzi nasz rozmówca. - Bo dawał nie tylko kontrolę nad terenem, ale i źródło dochodu. Wysokie góry i przełęcze ograniczają możliwości podróżowania, kilka punktów kontrolnych z powodzeniem pozwala panować nad ruchem.
30 lipca 2009 r., Adżrijstan W tumanach kurzu idzie polski patrol uzbrojony w wiadra. Zadanie: zdobyć wodę. Dowodzi nimi kpt. Daniel Ambroziński.
Blisko pięćdziesięciu polskich żołnierzy od mniej więcej trzech tygodni próbuje ułożyć sobie życie na posterunku Sangar. Śmigłowce przywiozły im prycze. Za toaletę służy beczka. Ale z wodą jest coraz większy kłopot. Dlatego patrole chodzą z wiadrami.