W 1996 r. pojawiły się pierwsze dane o liczbie użytkowników internetu - było ich 14 mln. Obecnie jest ich 1,5 mld. W 2002 r. abonenci komunikacji bezprzewodowej przewyższyli liczebnością użytkowników sieci stacjonarnych. A im większy udział i im większa przepustowość telekomunikacji bezprzewodowej, tym lepszy dostęp do internetu w jakichkolwiek warunkach, z jakiegokolwiek miejsca.
Obecnie w zaawansowanych technologicznie - albo gadatliwych - krajach telefonów komórkowych jest więcej niż ludzi: W Argentynie to125 proc. w stosunku do liczby ludności, dla porównania w Stanach Zjednoczonych - poniżej 90 proc. Dużo bardziej zaawansowana w komunikacji bezprzewodowej niż
USA jest Europa.
Kształtujący się system komunikacji stworzył podstawę dla niezwykłych inicjatyw ludzkich. Nagle każdy pisze swoją gazetę - blog. Dziś jest ich ok. 150 mln, 26 mln było w 2006 r. 2 mln nowych wpisów pojawia się każdego dnia.
Równie szybko rozwija się Twitter (Twitter.com). W Facebooku (Facebook.com) przestrzeń komunikacji ogranicza się do zaproszonych przyjaciół, ale każdy z nich może patrzeć na wszystko, co robię, może wejść ze mną w interakcję. Tworzymy swoją mikroprzestrzeń w internetowej makroprzestrzeni. Jednocześnie sądzimy, że nie możemy dotrzeć do pewnej sfery, jeżeli nie mamy w niej przyjaciela, który nas wprowadzi.
Oczywiście rozumienie przyjaźni jest szerokie, dlatego sam przestałem używać Facebooka. Wszyscy moi studenci chcieli być moimi przyjaciółmi i obserwować, co robię. Rzecz się jeszcze bardziej komplikowała, gdy nie byli to moi studenci, ale np. Kolumbijczycy, którzy chcieli być moimi studentami.
Poprzez te różne formy mediów społecznościowych powstaje gigantyczny system komunikacji horyzontalnej, gdzie wszystko ma źródło w naszym życiu osobistym.
Internet jest zwierciadłem, w którym się sami odbijamy, ale jednocześnie niektórzy będą twierdzili, że widzimy tutaj tę brzydką stronę ludzkiego charakteru (pornografia, ideologia radykalna). Niezależnie od tego, co myślimy o internecie, jest on naszym otoczeniem i będzie na nas wpływał coraz bardziej - to po prostu nasz świat i nasza kultura. Media społecznościowe stają się najważniejszą formą mediów. Osoby poniżej 30. roku życia w dużo większym stopniu korzystają z internetu niż z telewizji albo stosują wielozadaniowość - jednocześnie słuchają radia, oglądają telewizji, korzystają z internetu i rozmawiają przez komórkę.
SMS-y zmieniają rząd Różnica między internetem a tradycyjnymi mediami polega na tym, że to sami użytkownicy internetu produkują treści i wysyłają je w sieć. Jednocześnie sami sobie ściągają i zbierają inne treści. Dlatego też mówimy o samokomunikacji masowej. Tradycyjny przekaz odbywa się z jednego ośrodka do wielu; tutaj - od jednego do wielu, od wielu do jednego i od wielu do wielu.
Mamy globalną dystrybucję komunikatu, globalną interakcję, a także nieograniczoną różnorodność. Wszystko to zmienia w sposób fundamentalny relacje pomiędzy komunikacją a władzą, a także sposób postrzegania własnego ja w społeczeństwie.
Przeprowadziłem badanie, które dotyczyło wykorzystania internetu na 3-tys. grupie mieszkańców Katalonii. Porównaliśmy zachowania ludzi, którzy mają internet, i tych, którzy go nie mają. Do tej pory badania uwzględniały tylko internautów. Odkryliśmy m.in., że im więcej mamy autonomii, tym więcej używamy internetu. A im więcej używamy internetu, tym bardziej stajemy się autonomiczni. Ten trend rozwija się w społeczeństwie indywidualistycznym (czyli: interesujemy się głównie sobą i nie dbamy o innych) i spersonalizowanym (studiujemy własne relacje ze społeczeństwem). Wszystkie badania wykazują, że im więcej ktoś używa internetu, tym bardziej jest uspołeczniony. Pogląd mówiący, że internauci są wyizolowani się nie sprawdza.
W internecie kształtujemy ruch solidarności, łącząc się z tymi, którzy szukają tego, co my. Możemy np. przyłączyć się do walki przeciwko wykorzystywaniu kobiet, o prawa gejów; wykorzystujemy narzędzia internetowe do budowania naszego własnego społeczeństwa czy naszych własnych społeczności. Tak powstaje kultura sieci i usieciowione społeczeństwo.
Ta nowa forma masowej samokomunikacji miała przełożenie na możliwość kształtowania ruchów społecznych i polityki oraz na zmianę relacji władzy w społeczeństwie.
Weźmy kwestię zmian klimatycznych. 30 lat temu mieliśmy o nich dokładnie taką samą podstawową wiedzę jak dziś, ale politycy niespecjalnie się tym zajmowali. Ruchy ekologiczne, naukowcy wraz z różnymi celebrytami zaczęli łączyć siły, wspólnie walczyć o jedną sprawę. Wykorzystano nowe media, które zupełnie przekształciły postrzeganie zmian klimatycznych, myślenie o przyrodzie i naszych relacjach z naturą.
1 kwietnia 1979 r. był obchodzony pierwszy Dzień Ziemi. Ludzkość całej planety miała się w pewnym sensie połączyć. Było 20 mln uczestników. W 2000 r. - 1,4 mld. 30 lat temu tylko 10 proc. ludzi w ogóle miało świadomość zagrożenia zmianami klimatycznymi. Dziś 68 proc. ludności świata ma w tej sprawie zdanie, a ze względu na odczuwalną presję sprawą zaczynają się poważnie zajmować rządy.
W ostatnich latach obserwowaliśmy też spontaniczne wyłanianie się społeczności. Załóżmy, że dochodzi do wybuchu skandalu, ludzie zwołują się przez telefon komórkowy albo internet, który stał się największym narzędziem mobilizacji. Wszędzie: na Filipinach, w Korei Południowej, Tajlandii, Ekwadorze, Wielkiej Brytanii, we Francji.
Chyba najważniejszy przykład pochodzi z Hiszpanii, gdzie premier José Mar~a Aznar skłamał o ataku Al-Kaidy 11 marca 2004 r. w Madrycie. Powiedział, że dokonali go baskijscy terroryści, by opinia publiczna nie wiązała zamachu z zaangażowaniem Hiszpanii w wojnę w Iraku i by w związku z tym nie przegrać w zbliżających się wyborach. Młodzi ludzie z własnej woli zaczęli się mobilizować przed wyborami, wysyłając jeden mały SMS, że premier jest kłamcą, idziemy na demonstrację. Zainicjowała to jedna osoba, wysłała wiadomość do znajomych ze swojej książki adresowej, 10 następnych osób zrobiło to samo, potem kolejne 10 itd. Matematyka zadziałała i w ciągu kilku godzin przełożyło się to na tysiące ludzi. Taka siła była już w stanie dotrzeć do opinii publicznej. Efekt? 2 mln osób, które normalnie nie głosowały, poszły do urn i oddały głos na socjalistów, a właściwie przeciwko kłamcom.
Powiedzieli, że głosowali na socjalistów, zatykając nos, ale zrobili to, by przeciwstawić się premierowi, by wyrzucić go z powodów etycznych. Osoby, które tradycyjnie trzymały się z daleka od polityki, nagle powstały i stworzyły spontaniczną sieć komunikacji o ogromnej sile rażenia.
Spontaniczna reakcja społeczna miała miejsce niedawno w Iranie. Ludwika Włodek-Biernat, dziennikarka "Gazety", donosiła, że istnieje tam cały zorganizowany ruch zrodzony w internecie, dochodzi do wymiany wiadomości, obrazów. Policja irańska stara się te inicjatywy zniszczyć, w związku z czym ludzie wysyłają w sposób koordynowany wiadomości z różnych stron świata - w taki sposób, by policja nie mogła wykryć, czy sieć istnieje i czy wiadomość była inicjowana w Iranie, czy poza jego granicami. W Iranie, w kraju teokratycznym, internet odgrywa ważną rolę. Byłem tam trzy lata temu. Wówczas działało w Iranie ponad 500 tys. blogów, z czego 40 proc. pisały kobiety. W blogach mogły powiedzieć to, czego nigdy nie mogły powiedzieć publicznie.
Słowa mają znaczenie A teraz kampania Baracka Obamy. Śledziłem ją bardzo uważnie. Była to pierwsza kampania polityczna, w której internet odegrał decydującą rolę. Nie chodziło o jedną technikę, o jedno narzędzie, ale o to, że centrum kampanii umiejscowione było w internecie. Teraz wszyscy konsultanci, politycy, partie polityczne będą starały się zrobić to samo, co zrobił Obama.
Przede wszystkim jako wolontariuszy zaangażował specjalistów. Rozwijali oni kampanię multimedialną, która w dużej mierze opierała się na popkulturze, filmach i komunikatach wideo. Większości tych działań nie trzeba było opłacać, bo zadziałał marketing wirusowy, który rozprzestrzenił kampanię w internecie. Na stronach Obamy zarejestrowało się 20 mln użytkowników.
Obama zdecydował się nie brać pieniędzy od lobbystów, ale udało mu się pozyskać najwięcej środków. Poprzednio Bush zgromadził 450 mln dol., ale Obama w trakcie swojej kampanii pozyskał 750 mln dol. Jak mu się to udało? Każdy z 3,5 mln wspierających przekazał mu 200 dol. By to uzyskać, trzeba zainspirować ludzi. Głównymi wspierającymi Obamę byli ludzie młodzi. Wiek był niezwykle ważny: wprawdzie kobiety wspierały również
Hillary Clinton, ale te poniżej 30. roku życia w 60 proc. należały do zwolenniczek Obamy.
W Stanach Zjednoczonych i w Europie ludzie młodzi często w ogóle nie uczestniczą w polityce, jest im ona obojętna.
Obama pozyskał także inną grupę wyborców, którzy do tej pory nie uczestniczyli w systemie politycznym ludzi słabo wykształconych i ubogich. Zrozumiał też coś, czego większość kandydatów politycznych, zwłaszcza Demokratów, nie rozumie - że słowa mają znaczenie. Przeprowadzono wspaniałą analizę słów, którymi posługiwał się Obama. Hillary Clinton i
John McCain cały czas powtarzali: "Doświadczenie, doświadczenie, doświadczenie". Obama stosował dwa bardzo proste słowa: "zmiana" i "nadzieja". W związku z sytuacją kryzysową stały się one jeszcze bardziej istotne. Ich używanie to kwestia talentu Obamy, ale też poważnego wsparcia naukowców.
***
Same media nie mogą zmieniać relacji społecznych, bo są one w pewnym sensie częścią sieci polityki interesów, które tworzą społeczeństwo. Media nie są na służbie tych interesów, ale nie mogą podążać w całkowicie niezgodnym z nimi kierunku - razem z nimi podlegają powolnej ewolucji społecznej.
Zmiany zachodzą dzięki poszerzaniu się przestrzeni komunikacji. Wyłaniają się nowe wartości, interesy, idee, nowe pokolenia. Poszerzenie przestrzeni komunikacji następuje teraz i jest ono możliwe dzięki niezwykłemu zjawisku tworzenia komunikacji horyzontalnej, interaktywnej - otwartych struktur, które nie poddają się łatwo kontroli. Dzięki temu społeczeństwo może być bardziej złożone, ale jednocześnie otwierają się możliwości budowania społeczeństwa obywatelskiego.
* Manuel Castells - ur. w 1942 r., socjolog, wykładowca Universitat Oberta de Catalunya w Barcelonie i University of Southern California w Los Angeles, doradca ONZ i Komisji Europejskiej. Autor monumentalnej trylogii "Wiek informacji" wydawanej w Polsce przez PWN. Dwa pierwsze tomy już się ukazały: "Społeczeństwo sieci" (2007, przeł. Mirosława Marody) i "Siła tożsamości" (2008, przeł. Sebastian Szymański). Tom ostatni, "Koniec tysiąclecia" (w przekładzie Janusza Stawińskiego) trafi do księgarń w październiku.