Uwagę obserwatorów życia kościelnego zwracają ostatnio starania Benedykta XVI, by przywrócić liturgię trydencką. Temat nie nowy, kard. Joseph Ratzinger od lat wypowiadał się krytycznie o liturgii posoborowej. Ubolewał, że reforma mszału (1970) była niespotykanym w historii zerwaniem ciągłości historycznej. Mówił o potrzebie "reformy reformy". Teraz jako
papież rozpoczął realizację swych idei.
Kardynał Dar~o Hoyos, przewodniczący Papieskiej Komisji "Ecclesia Dei", oświadczył niedawno, że
Benedykt XVI pragnie, by w każdej parafii katolickiej regularnie sprawowano liturgię trydencką. Na mszach papieskich - ogłosił ks. Guido Marini, watykański mistrz ceremonii - będzie obowiązywało tradycyjne przyjmowanie komunii na język w postawie klęczącej. Wśród zapowiadanych zmian jest także wyodrębnienie słów konsekracji w czasie mszy świętej przez powrót do ich łacińskiej wersji. Celem modyfikacji ma być przywrócenie poczucia tajemnicy.
Stary ryt a klerykalizm Zgodnie z regułą "lex orandi, lex credendi" ("jak się modlisz, tak wierzysz") za rytem stoi teologiczna wizja. W liturgii trydenckiej inaczej rozumie się
Kościół, inne jest miejsce ludzi świeckich i duchownych, inaczej wyrażana jest boska obecność, innego sensu nabierają słowa Jezusa.
Stara msza nastawiona na adorację była rodzajem wyczekiwania na pojawienie się Najświętszej Obecności w momencie przeistoczenia. Obecność tę rozumiano ontologicznie, język opisu sakramentu był wręcz techniczny.
Nowy ryt kładzie tymczasem nacisk na ludzkie relacje, spotkanie, na obecność Jezusa pośród ludu gromadzącego się na modlitwie i tak stanowiącego Kościół, zgodnie ze słowami: "Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich" (Mt 18,20). Zwrócenie się kapłana w stronę wiernych jest tu naturalne. W tym duchu zaleca się, by księża nie odprawiali mszy bez udziału wiernych. Nie wyróżnia się też poszczególnych momentów w liturgii, uznając całość za jednorodne wydarzenie.
Strukturę liturgii trydenckiej wzorowano na modelu świątyni jerozolimskiej. Ta zaś miała miejsce wyodrębnione - "święte świętych" - gdzie tylko kapłan wejść mógł raz w roku, by złożyć ofiarę. Analogicznie, średniowieczna świątynia chrześcijańska ma miejsce wyodrębnione, prezbiterium, ołtarz, na którego najwyższy stopień wejść może jedynie duchowny (pamiętam żartobliwe opowieści, jak to celebrans kopał po łydkach ministranta, który usiłował wejść na tę najwyższą półkę). I oczywiście tabernakulum - miejsce przebywania Boga.
Hierarchizacja przestrzeni to także hierarchizacja społeczna - duchowni wyodrębniają się jako grupa stojąca ponad świeckimi. Nawa dla ludu, a prezbiterium dla księży. Stąd nieuchronny z czasem klerykalizm i utożsamienie Kościoła jedynie z duchownymi. To jeden z elementów budujących odrębność i quasi-mistyczne wyniesienie stanu duchownego. Przejawiało się ono choćby w całowaniu w rękę, a także, niestety, w ukrywaniu - pod karą ekskomuniki - przestępstw seksualnych księży. Takie wyniesienie duchownych naturalnie skłaniało ich do patrzenia na inne religie wyłącznie jako na źródło błędu, grzechu i niegodziwości. To właśnie chciał przezwyciężyć Sobór Watykański II.
Hierarchizacja oznacza, że lud wierny dopiero aspiruje do świętości, a na razie tkwi w grzechach. Świętość kapłana jest bardziej widoczna. Już w średniowieczu przekonani o swej niegodności wierni rzadko przystępowali do komunii, zbyt byli brudni, by na co dzień dotykać świętości (dopiero w XX wieku przywrócono częstą komunię). Zamiast tego proponowano formy zastępcze - adorację Najświętszego Sakramentu, procesje. W XIII wieku wprowadzono podniesienie chleba i kielicha w momencie konsekracji, co w połączeniu z ustanowieniem święta Bożego Ciała radykalnie zmieniło sposób rozumienia Eucharystii. Wtedy właśnie powstają tabernakula, miejsca adoracji (wcześniej chleb eucharystyczny przechowywany był w zakrystii). Zmiany w liturgii miały więc charakter rewolucyjny. Także reforma trydencka to gruntowna odmiana - usunięto ryty lokalne na rzecz jednego centralnego. Takich zerwań tradycji było więcej, choćby kilka wieków wcześniej wprowadzono język łaciński i usunięto liturgię starohiszpańską.
Świątynia jako pas startowy Całość liturgii trydenckiej zorientowana była na wschód, wierni zwracali się w tym samym kierunku ku Bogu, którego Biblia nazywa "wschodzącym słońcem" (Łk 1,78). Papież chce powrotu do tego typu symboliki.
Jednak narodziła się ona w odmiennej od współczesnej wizji kosmosu (przedkopernikańskiej). W tym obrazie świata im wyżej, tym doskonalej: świat ponadksiężycowy rządził się odmiennymi prawami - gwiazdami sterowały anioły, a całość krążyła dokoła Boga, chcąc zbliżyć się do Niego w nieskończonym miłosnym ruchu. Analogicznie, im niżej, tym gorzej, nasz świat to już pomieszanie ducha i materii, a pod ziemią katastrofa totalna: piekielny upał, duszności i wieczna męka niekończącej się śmierci martwych dusz.
W ten najstarszy obraz świata (sięgający epoki szamańskiej 25 tys. lat przed Chrystusem) wpisana była średniowieczna świątynia chrześcijańska. Ona była miejscem, które pozwalało nawiązać kontakt z Najwyższym, była - jak mówią historycy religii - "osią świata" ("axis mundi"), swoistym pasem startowym do nieba. Konsekracja chleba i wina w takiej świątyni miała wymiar kosmiczny, była nadzwyczajnym uobecnieniem się Boga porównywalnym ze stworzeniem świata. Ontologiczny sens tych zjawisk opisany został w unikalnej teorii transsubstancjacji Tomasza z Akwinu (XIII wiek).
Problem w tym, że religijne metafory kosmiczne umarły, kiedy zaczęto poznawać świat empirycznie (począwszy od XV wieku). Religia bezpowrotnie utraciła język symboli kosmicznych. Gdzie piekło, gdzie niebo, a więc co znaczy wniebowstąpienie czy zstąpienie do otchłani - te istotne religijne kwestie zawisły w próżni. Zostaliśmy z liturgią orientowaną na wschód, z gestami wznoszenia oczu i rąk ku górze, które przestały cokolwiek znaczyć, skoro miejsca w świecie nie przemawiają już symbolicznie, lecz technicznie.
Bliźni przeszkadza? Dlatego nowa liturgia, zamiast wznosić nasz wzrok ku górze, kieruje go ku bliźniemu - on teraz jest miejscem obecności Boga, ziemią świętą, tajemnicą. Takie myślenie rodzi się z odnowionego na Soborze Watykańskim II rozumienia chrztu. Wynikające z niego tzw. kapłaństwo powszechne wiernych stanowi o godności chrześcijan. O kapłaństwie hierarchicznym mówi się jako o funkcji służebnej, "na usługach" kapłaństwa powszechnego. To wskazuje na zasadniczą równość chrześcijan. Stąd potrzeba zmian w rozumieniu hierarchii kościelnej, poszerzenia zasady kolegialności i wspólnotowości, współuczestnictwa wszystkich ochrzczonych. W tym nowym duchu myśli się także o Eucharystii. Jest ona zebraniem chrześcijan, gdzie nie ma ważniejszych i mniej ważnych. Wspólnota ochrzczonych konstytuuje Kościół - sakrament Boga.
Benedykt XVI wydaje się nie dostrzegać wartości opisanego tu zwrotu ku człowiekowi. Bliźni w liturgii to dla niego jakby przeszkoda, rozproszenie na modlitwie. Postuluje przeniesienie znaku pokoju wcześniej, by się nie dekoncentrować tuż przed przyjęciem komunii. W nowej liturgii - krytycznie pisał kard. Ratzinger - spotykamy się bardziej z drugim człowiekiem, celebransem aniżeli z Bogiem.
Paradoksalnie okazuje się więc, że ochrzczony, odkupiony drogocenną krwią Chrystusa współwyznawca rozprasza, odwraca od Boga. Sztywna regulacja prawna przepisów liturgicznych ma zaś uwolnić od przykrego kontaktu z człowiekiem.
Istnieje taka postawa adoracji, która tworzy iluzję, że Bóg jest na zewnątrz: w tabernakulum, w miejscu centralnym świątyni. Skutek taki, że pobożny wierny nierzadko za nic ma ludzi, a jedynie szacunek dla Najświętszego Sakramentu i duchownych.
Pierwotnym bytem jest albo wspólnota, albo jednostka. Pierwszemu odpowiada kultura patriarchalna, gdzie przynależność ludzi do społeczeństwa polega na byciu własnością ojca, męża, pana feudalnego, Kościoła itd. Taka też była tradycyjna struktura Kościoła. Pierwotny był byt ogólny - Kościół, liturgia, sakramenty - a jednostka miała temu służyć. Nowożytność przynosi zmianę, postuluje uznanie przyrodzonej wolności i godności obywateli, i obowiązek społeczeństwa (państwa), by je chronić. To myślenie przenika do Kościoła - człowiek staje w centrum, a struktura kościelna i sakramenty mają mu służyć. Sobór Watykański II wprowadza ten nowy model, nie rezygnuje jednak z tradycyjnego, skoncentrowanego na "ważności" sprawowania sakramentu (czyli de facto spoglądającego z perspektywy władzy sakramentalnej duchownego). To rodzi niespójność. Ona też jest istotnym źródłem napięć we współczesnym katolicyzmie. Brakuje nowej syntezy.
Połajanki księdza Ryt liturgiczny to nie tylko problem religijny, ale także problem ludzki. W jednej ze stolic Ameryki Południowej znajdują się dwa klasztory tego samego zakonu. W pierwszym lokalni duchowni prowadzą msze dla lokalnej ludności. Jest tam surowy porządek, ksiądz sam wszystko odprawia, czyta czytania, śpiewa itd. Wierni, tj. grupy Indian, z "czcigodnym lękiem" wobec proboszcza uczestniczą w nabożeństwie. W kazaniu duchowny łaje wiernych, że za cicho śpiewają albo niemrawo odpowiadają - aż się biedni Indianie chowają za ławkami. Komunia tylko do ust, a kiedy podchodzi Indianka z odsłoniętymi ramionami, komunii nie dostaje, gwałtownie skrzyczana cała czerwona ucieka, zakłada sweter z rękawami i wraca do kolejki.
W tym samym mieście jest inny klasztor. W kamienicy mieszkają siostry i bracia. Pomagają indiańskim chłopom w technice rolniczej, siostry szkolą pomoce domowe w obronie przed wykorzystywaniem w pańskich domach. Msza trochę inna. Wszyscy siedzą razem, kazanie to zachęta do rozmowy. Tekst mszy ten sam, ale jaka różnica!
Element ludzki, indywidualny wprowadzony do liturgii może mierzić, ale może też budować. Z pewnością jednak formalistyczna sztywność daleka jest od ducha Jezusa, bo uwalnia od człowieczeństwa. Bracia z klasztoru w kamienicy mówią, że są ostatnim pokoleniem zakonników, którzy obok bycia duchownymi pracują zawodowo, pomagając ludziom. Idą młodzi, w czarnych lakierkach, białych skarpetkach, pochłonięci życiem monastycznym i pielęgnujący doskonałość swych duchowych sylwetek. Oni śmieją się ze staruszków, którzy zamiast oddawać chwałę Bogu w świętej liturgii, zajęli się uczeniem Indian, jak żyć w naszym świecie.
*Tadeusz Bartoś
- filozof, profesor Akademii Humanistycznej im A. Gieysztora, wykładowca Warszawskiego Studium Filozofii i Teologii