KATARZYNA JANOWSKA (nTalk, "Polityka"), PIOTR MUCHARSKI ("Tygodnik Powszechny"): Po festiwalu filmów polskich w Gdyni można było czytać wypowiedzi krytyków, którzy dystansowali się - jak chyba jeszcze nigdy dotąd - od werdyktu jury i twierdzili, że powinien wygrać twój film "33 sceny z życia". A gdyby zebrać głosy jurorów, którzy post factum twierdzili podobnie, to wydaje się, że ktoś źle policzył ich głosy. Czy czujesz się wielką przegraną tego festiwalu? MAŁGORZATA SZUMOWSKA: O
festiwalach w Gdyni dyskutowałam od lat ze znajomymi filmowcami. Nigdy nie przywiązywaliśmy do niego wielkiej wagi. Łukasz Barczyk już od paru lat wiedział, że nie pokaże tam swojego następnego filmu. Wiadomo, że przetacza się tam całe piekiełko polskiego świata filmowego. Wciąż przyjeżdżają ci sami ludzie, skład jury wyłania się z zamkniętego środowiskowego kręgu. Film może tam bezpardonowo przepaść, zwłaszcza gdy jest to jego pierwszy w ogóle pokaz, czyli premiera światowa.
Ale po nagrodzie festiwalu w Locarno pomyślałam, że nie mam się co tej przewidywalnej Gdyni bać. Mogę jechać, nic nie dostać i też będzie dobrze. I w sumie dobrze, że pojechałam. Jest o czym rozmawiać.
I tak sobie spokojnie oglądałaś film za filmem... - Niestety nie. Przyznam szczerze, że uległam nieco panującej tam atmosferze, szczególnie gdy werdykt nie był już tajemnicą. Ludzie się gotowali od emocji. Spodziewali się nawet po mnie jakiejś manifestacji podczas odbierania nagrody za reżyserię. Bez sensu. Mnie najbardziej ucieszyła nagroda dziennikarzy, którzy stanęli za mną murem, i nagrody dla ekipy, bo o tym zawsze reżyser marzy - by współpracownicy zostali docenieni.
Potem przez media przewaliła się dyskusja, która była ważniejsza niż całe to festiwalowe zamieszanie. Celowo nie brałam w niej udziału, bo jestem ostatnią osobą, która w takiej sytuacji powinna się wypowiadać.
Co wyniknie z całej tej awantury? - Problemem nie jest festiwal, tylko polskie kino, w którym nie nastąpiła wymiana pokoleniowa. Przecież ci "młodzi", moi rówieśnicy, są już przed czterdziestką. Należymy raczej do pokolenia przejściowego, bo na debiuty czekają już dwudziestolatki. Moje pokolenie powinno mieć opiniotwórczy wpływ na kształt polskiego kina, lecz ciągle tego przełożenia nie mamy. Jesteśmy tylko petentami pomimo sukcesów, które odnosimy. I to jest rzecz niedopuszczalna.
A co wyniknie z awantury? Pewnie nic, jak to w Polsce.
Dawno się umiędzynarodowiłaś, ale czy to znaczy, że kino polskie przestaje być dla ciebie punktem odniesienia? - Rzeczywiście, od czasu filmu "Ono", jeśli się staram o pieniądze w Polsce, to mam już zapewnione 50 procent budżetu od producentów europejskich. A o te drugie 50 procent zawsze jest najtrudniej i dlatego wiele filmów polskich przepada. Zależy mi jednak na tym, żeby robić kino europejskie, ale z polską tematyką. Chciałabym opowiadać o naszej mentalności. Przecież ona jest tak skrajnie odmienna od tej, z którą stykam się u Duńczyków, Francuzów, Niemców. Mamy naszą osobną historię, mamy wiszący nad nami katolicyzm, tysiące fobii, traum i paranoi. Niby tego nie znoszę i mam potrzebę odcięcia się, udowodnienia, że sama taka nie jestem, ale jak już mnie ci Francuzi zaczną irytować, bo ciągle mówią o tym, co by zjedli na
lunch albo jakie wino mają wypić, to zaczynam tęsknić za polską paranoją. Wiem, że od niej nie ucieknę. W następnym filmie, który mam zrealizować we Francji, też będzie postać Polki. Na pewno będzie miała polskie cechy - te, których nienawidzę, i te, które kocham.
"33 sceny" uderzają w nasze pojmowanie kwestii ostatecznych: śmierci, odchodzenia bliskich. Myślałaś, robiąc ten film, o przekraczaniu tabu? - Nie analizowałam tego. Nie zastanawiałam się, jaki dokładnie chcę wywołać efekt. Wiedziałam, że będzie śmiesznie i strasznie, i tyle. Robiłam ten film nie jako swoją historię, tylko jako cudzą historię, która mogła się przytrafić każdemu i zapewne każdemu się przytrafi w tej czy innej formie. Opowiadanie o sobie jest nudne. Mój ojciec powtarzał, że irytuje go moja bezmyślność, brak analizowania. Fakt, prowadzi mnie intuicja i do głowy mi nie przyszło, że ktoś może odebrać film jak dokument o mojej rodzinie, a tak się trochę w Polsce stało. To nasza mentalność.
Na festiwalu w Locarno "33 sceny" były odebrane jako jeden z wielu europejskich filmów, ani szczególnie obrazoburczy, ani ekshibicjonistyczny. Może trochę szokujący, ale nie z przyczyn obyczajowych. Nikt nie zadawał mi osobistych pytań, choć w katalogu było wyraźnie napisane, że podobna historia przytrafiła się mi. Naprawdę nikogo to nie obchodziło. A potem pojechałam na festiwal do Gdyni i na konferencji prasowej odezwały się oburzone głosy, że tak nie wypada, że podchodzę do śmierci bez szacunku i to do śmierci własnych rodziców. W filmie nie ma śmierci moich rodziców, to tylko historia i aktorzy. Historia inspirowana życiem. Pewna pani w Gdyni, czego nigdy nie zapomnę, wyłoniła się zza kolumny i powiedziała: ja cię pamiętam maleńką w wózeczku, a ty teraz taka?!!. Zszokowało mnie to, ale znowu dotarło do mnie w jakim kraju żyję. Fascynujące!
Zarzucano ci, że całą metafizykę sprowadziłaś do profanum, bo sacrum uleciało z twojego życia. - Sacrum ulatuje, kiedy się o nim mówi. Nie byłam ochrzczona po urodzeniu. Potem - mając 13 lat - przeżyłam nawrócenie. Kazałam się ochrzcić i weszłam w katolicyzm totalnie - jak we wszystko, co robię. Byłam nawiedzoną neofitką, która uczęszczała namiętnie na msze u krakowskich dominikanów. Moja siostra wspomina, że najadła się kiedyś wstydu przeze mnie. Poszła do kościoła z chłopakiem, a ja leżałam tam krzyżem. Sama nie wiem, może chciałam jej zrobić na złość?
Czytałam Simone Weil, Tomasza Mertona i św. Jana od Krzyża. Fascynowała mnie "Ciemna noc wiary", lecz gdy zetknęłam się z cierpieniem, umieraniem i śmiercią - wszystko to stało się nieważkie, uleciało. Przedtem miałam poczucie, że w cierpieniu, w umieraniu jest wielka metafizyka. Przedtem miałam poczucie, że w cierpieniu, w umieraniu jest tylko wielka metafizyka. Jest również fizjologia, bezsensowny ból. Metafizyka, jeśli jest, to jest ukryta.
Pamiętam ojca, który dawniej uważał, że czuwanie przy osobie cierpiącej jest spotkaniem z Bogiem. I nagle stwierdził, że to bzdura. Przekonanie, w którym żyłam przez całe lata, zostało przekreślone. Pewnie gdzieś przesadzam, może ojciec miał tylko taki moment, może potem przed śmiercią odnalazł ukojenie i harmonię, ale to już tajemnica.
Teraz nie lubię swoich poprzednich filmów, choć wiele im zawdzięczam. Chciałam w nich na siłę uskuteczniać metafizyczne przesłania. Słusznie mi, Kasiu, kiedyś powiedziałaś: "Tak sobie Małgosia wyobraża tajemnicę istnienia". Ale gdybym nie zrobiła tamtych filmów, to nie byłoby "33 scen" i nie byłoby mnie takiej, jaka jestem teraz.
No więc Małgosia jakoś sobie wyobrażała tajemnicę i chciała koniecznie o niej mówić. Dziś myślę, że gdzieś na pewno istnieje inna przestrzeń i będę za nią zawsze tęsknić. Ale nie chcę o niej mówić, bo gadanie obraca ją w perzynę.