http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Radykalna twarz Obamy

Mark Danner*
2008-10-31, ostatnia aktualizacja 2008-10-29 19:04

Dlaczego mimo nieznanej w dziejach niepopularności partii rządzącej i chwiejącej się gospodarki USA - dwóch powodów, by opozycja odniosła miażdżące zwycięstwo - rywalizacja jest aż tak wyrównana?


Fot. Alex Brandon AP
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Kamera obiega twarze przywódców zgromadzonych w Pokoju Gabinetowym, by stawić czoło "kryzysowi finansowemu". Przenosi się ze znużonego, jakby skurczonego i wysuszonego oblicza prezydenta na jego sekretarza skarbu i innych potężnych ministrów, po czym wędruje powoli wzdłuż długiego stołu, ukazując znane, woskowe twarze baronów Senatu i Izby Reprezentantów. Zatrzymuje się na chwilę na obliczu silącego się na stanowczość siwego senatora Johna McCaina, wreszcie sięga końca stołu, gdzie spoczywa na postaci zanurzonego w fotelu samotnego, szczupłego czarnego mężczyzny. Wydaje się opanowany, zrelaksowany, zamknięty w sobie - jego samotność sugeruje paradoksalnie siłę. W ilu takich pokojach, gromadzących najbardziej wpływowych ludzi, był w bliższej i dalszej przeszłości jedynym czarnym?

Odrodzenie na spalonej ziemi

Radykalna nie jest polityka Baracka Obamy, tylko jego twarz. To radykalizm nie tyle koloru, ile nowości - ledwie rok temu był zupełnie nieznany ogromnej większości Amerykanów. Od czasów Jimmiego Cartera żadna duża partia nie nominowała tak mało znanego kandydata. W 1976 r. anonimowy gubernator pierwszej kadencji z Georgii zawdzięczał zwycięstwo dwóm katastrofom - Wietnamowi i Watergate - po których przyszedł głęboki kryzys legitymizacji. Obama jako zjawisko polityczne narodził się wskutek wojny w Iraku, wojny z terroryzmem i plajty ekonomicznego radykalizmu obecnej ekipy.

Obama objawił się na spalonej ziemi jako upragnione odrodzenie u logicznego kresu wyczerpania polityką. Siedem lat po 11 września prezydent "z karabinem na ramieniu" zawiódł wojnę z terroryzmem w ślepy zaułek krwawego pata - zarówno w Iraku, gdzie amerykańskie dolary wspierają sprzymierzony z Iranem szyicki rząd i byłych baasistowskich powstańców, jak i na granicy afgańsko-pakistańskiej, gdzie za 10 mld dol. amerykańskiej pomocy pakistańscy żołnierze ostrzeliwują siły specjalne USA polujące na talibów i al Kaidę. W kraju prezydent obrócił wielkie nadwyżki w wielki deficyt, zwiększył ponaddwukrotnie dług publiczny i w reaganowskim deregulacyjnym szale doprowadził do granic załamania cały system finansowy.

Dzięki tym osiągnięciom jako jedyny prezydent wyniesiony do władzy przez Sąd Najwyższy osiągnął najgłębsze od narodzin nowoczesnych sondaży dno popularności. Ośmiu na dziesięciu Amerykanów uważa, że kraj jest "na złej drodze", a miliony przenoszą poparcie z Republikanów na Demokratów.

Cud Obamy byłby niepojęty bez skurczonego, bladego człowieka w Pokoju Gabinetowym, którego gasnący cień unosi się nad tymi wyborami. Obama operuje zręcznie ideą nowej ponadpartyjności, ale składa tradycyjne obietnice Demokratów - niższe podatki dla klas średnich, opieka zdrowotna dla wszystkich, nakłady na drogi i mosty, wczesna edukacja dzieci i szkolenia zawodowe. Za umiejętnie intonowaną mantrą polityki nadziei stoi ruch napędzany tkwiącym głęboko pragnieniem buntu. Jego wrogiem jest "zwykła polityka", "doświadczenie" jako wartość polityczna (i doświadczeni starcy), wreszcie "Waszyngton" i całe zło, jakie reprezentuje. Świetnie zorganizowany populizm Obamy urzeka elokwencją - a przecież jest w istocie czymś znajomym.

Demokraci od kufelka

Radykalna twarz Obamy jest też oczywistą odpowiedzią na oczywistą zagadkę tych wyborów: dlaczego mimo nieznanej w dziejach niepopularności partii rządzącej i chwiejącej się gospodarki - dwóch przesłanek miażdżącego zwycięstwa opozycji - rywalizacja jest aż tak wyrównana? Powodem jest tradycyjny fundament amerykańskiej polityki - wstydliwa, ale kluczowa kwestia rasy. Jak przewidywał Lyndon Johnson, spóźnione poparcie Demokratów dla rewolucji obywatelskiej połowy lat 60. spowodowało odejście "twardego Południa" z ich obozu, dzięki czemu Republikanie zasiedlili Biały Dom na dwa pokolenia. Po 1968 r. Republikanie wygrali siedem na dziesięć wyborów prezydenckich (przedtem w tym samym stosunku wygrywali Demokraci).

Nie przypadkiem tym, co oprócz rasy najbardziej różni w sondażach zwolenników McCaina i Obamy, jest wiek. Kandydatura Obamy to w znacznej mierze bunt młodych, dla których rasa ma mniejsze znaczenie. Dlatego jedną z największych niewiadomych tych wyborów jest frekwencja młodzieży. Drugą jest to, czy wzrost - po części z powodów rasowych - liczby wyborców Obamy (zwłaszcza wśród rejestrujących się masowo Afroamerykanów) zrównoważy i przeważy tych, którzy - po części z tych samych powodów - zagłosują przeciw niemu.

Ten złożony problem wykracza daleko poza tzw. efekt Bradleya (rozbieżności między tym, co wyborcy mówią w sondażach, i tym, jak głosują). W istocie chodzi o to, czy rasa może stać się skutecznym "mechanizmem zapłonowym" sprawiającym, że dla kluczowej grupy wyborców w kluczowej garstce stanów Obama okaże się zbyt jak na prezydenta "odmienny kulturowo", "obcy", "elitarny".

Możliwość taka istnieje, co widać na każdym kroku. "W życiu nie zagłosowałbym na Obamę". W minionych tygodniach słyszałem to w różnych wersjach wiele razy - ostatnio od kelnera, który zauważył, że przeglądam strony polityczne gazety. "W życiu nie zagłosuję na muzułmanina" - dodał, uśmiechając się przepraszająco. W dalszej rozmowie uderzyło mnie, że człowieka, którego znam od lat, nie potrafiłem przekonać, że Obama jest chrześcijaninem. "Przeszedł konwersję, jak miał 12 lat - upierał się kelner - inaczej nie zmieniałby codziennie zdania o wszystkim".

Nieważne, czy jest to celowo zaszczepiana i szerzona dezinformacja i jaki jest jej związek z rasą - nie ulega wątpliwości, że płynie przez cały kraj jak podziemna rzeka, której potęgi i rozległości nie sposób oszacować.

Podskórny rasowy dyskomfort połączony z postrzeganiem Obamy jako obcokrajowca i outsidera, na którego ryzykownie byłoby głosować, wykorzystali skwapliwie republikańscy polityczni i medialni menedżerowie. W najbliższym czasie ich subtelne zadanie polegać będzie na połączeniu wątku rasy z bardziej tradycyjnymi republikańskimi gorącymi wątkami „wojny kultur” - troską o patriotyzm i lękiem przed elitaryzmem, edukacją seksualną, aborcją czy małżeństwami gejów.

Z tej mieszanki sklecić trzeba będzie szereg sugestywnych obrazów i symboli obliczonych na wyłuskanie z demokratycznej koalicji tzw. reaganowskich demokratów - konserwatywnych wyborców miejskich, często wywodzących się z mniejszości etnicznych, klas pracujących i średnich.

Wyborcy z Pensylwanii, Ohio, Florydy, Wirginii, Kolorado i paru innych stanów chętnie bliżej poznają wielebnego Wrighta wzywającego Boga, by "przeklął Amerykę". Chętnie dowiedzą się o domniemanym poparciu senatora Obamy dla idei "uczenia przedszkolaków najpierw o seksie, a potem o alfabecie". 30-sekundowe dzieła sztuki politycznej wyprodukowane przez sztab McCaina, Krajowy Komitet Republikanów lub "niezależnych" nastawione będą na blisko 12 proc. niezdecydowanych. Chodzi o obniżenie odsetka tych, którzy podają w sondażach, że myślą pozytywnie o Obamie i "utożsamiają się" z jego "wartościami i pochodzeniem". Odsetek ten malał nawet wówczas, gdy rosły krajowe notowania kandydata Demokratów.

Oskarżanie takich spotów o przeinaczenia i kłamstwa nie zmniejsza ich skuteczności. Adresowane są do wąskiego audytorium traktującego nieufnie i lekceważąco media "głównego nurtu". Gdzie podziałają, tam podziałają - zgodnie z logiką sugestywnych symboli i obrazów, które wygrywają z faktami, zwłaszcza gdy fakty pochodzą ze świata reporterów i komentatorów postrzeganych jako stronnicza "elita". Adresatem są tzw. demokraci od kufelka, którzy w prawyborach preferowali Hillary Clinton i którzy mogą być bardziej podatni na takie przesłanie - zwłaszcza w kluczowych stanach Środkowego Zachodu z tradycjami przemysłowymi, gdzie Obama przegrał.

Złość na Busha i kryzys

John McCain wykorzysta te słabe punkty, jeśli uda mu się sprawić, że u kluczowych paru milionów wyborców lęk przed nieznanym Afroamerykaninem "z elity" przeważy nad lękiem przed kontynuacją rządów republikańskich. Rządów, które - w co mało kto już wątpi - okazały się katastrofą dla kraju. Obama eksploatował ten wątek, stwierdzając przy każdej okazji, że "Ameryka nie może sobie pozwolić na kolejne cztery lata polityki Busha". I wtedy kryzys ukazał wszystkim, jak w świetle błyskawicy, zrujnowany ekonomicznie pejzaż.

McCain chciał ze wszystkich sił zaprezentować się jako populistyczny (w domyśle antybushowy) "indywidualista", który powiedzie kraj inną drogą. Rozumiał zagrożenie, jakim jest dla niego kryzys, ale pokpił próby jego wykorzystania. Republikanie rozpętali nową negatywną kampanię, ale McCain musi uwiarygodnić swoje "indywidualistyczne" przesłanie, łącząc je z pozytywną wizją ekonomiczną. Tylko tak przekona zdegustowanych polityką Republikanów i głęboko zatroskanych stanem gospodarki wyborców, którzy nadal boją się - lub mogą zacząć się bać - Obamy w roli prezydenta.

Zważywszy na polityczne oczywistości - złość na Busha, lęk, że nadchodzą ciężkie czasy, niepewność, dokąd zmierza kraj - tegoroczne wybory powinny przynieść Demokratom oczywiste, przytłaczające zwycięstwo. Może zapewni je masowe rejestrowanie się nowych wyborców i zmiana partyjnej afiliacji. Ale wykroczyliśmy poza wszelkie schematy.

Niepopularność Busha, klimat głębokiego rozczarowania i kryzys pomogły wykreować demokratycznego konkurenta. Jego wybór - pomijając niezwykłe talenty, porywające krasomówstwo i promienną obietnicę - będzie prawdziwą rewolucją. Powodem tej rewolucyjności jest okryta zasłoną milczenia hańba amerykańskiej polityki. Szansa na przezwyciężenie tej hańby jest może najcenniejszą obietnicą "polityki nadziei".

przeł. Sergiusz Kowalski

Tekst ukazał się w "The New York Review of Books"

* Mark Danner - ur. w 1958 r., jest amerykańskim publicystą, współpracuje z „New Yorkerem” i „New York Review of Books”

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 13 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':