W społeczeństwach, w których media odgrywają dużą rolę i ostro konkurują między sobą, granice między tym, co prywatne, i tym, co publiczne, zacierają się coraz bardziej nie tylko w przypadku osób publicznych, których życie intymne jest omawiane na okładkach i w talk-show, ale też w przypadku szarych obywateli, którzy mogą z dnia na dzień zostać pokazani jako bohaterowie bądź biedne ofiary albo też odrażający sprawcy, bez żadnej możliwości odwołania.
Media upraszczają, prowadzą kampanie, mobilizują czytelników i wyborców, personalizują, moralizują i emocjonalizują. Muszą to robić, by czytelnikom wyjaśnić skomplikowany świat w pół godziny. Rano wsiadamy do tramwaju i kiedy docieramy do miejsca pracy, chcemy wiedzieć, dlaczego ceny benzyny rosną, bezrobocie spada, jaka będzie pogoda, czego należy unikać przy wychowaniu dzieci i dlaczego Polska przegrała kolejny mecz. Media nam to wyjaśniają, jak potrafią: koncerny paliwowe zawyżają ceny, Polacy emigrują, z zachodu nadciąga wyż, a Beenhakker nie docenił przeciwnika. Najlepiej jeśli wszystko da się sprowadzić do winy jednej osoby.
Mit dziennikarskiej etyki
Belgijski socjolog Marc Elhardus nazwał to kiedyś "demokracją dramatu" - wszystko, co ważne, musi przybrać postać dramatu: z łzami, wściekłością, rozpisanymi rolami dla dobra i zła, tak abyśmy sami mogli przywdziać szaty sędziego. Media nam w tym pomogą: spór o lustrację przekształca się w pojedynek między Wałęsą i Kaczyńskim, spór o aborcję w konflikt o to, czy 14-letnia dziewczyna ma prawo sama decydować o aborcji czy nie. Do rytuałów medialnych dramatów należy zresztą i ocena samych mediów: prowadzonej przez nie personalizacji, emocjonalizacji. To wywołuje krytykę i moralny opór - przede wszystkich jednak tych, którzy takie historie chętnie czytają, ale w życiu by nie przyznali, że robią to chętnie.
Choć z drugiej strony, czy media opublikowałyby takie historie, gdyby nikt nie chciał ich czytać? Czy w ogóle jest jakaś alternatywa? W dawnych, rzekomo dobrych czasach, kiedy konkurencja między mediami była jeszcze ograniczona i cywilizowana, każde z mediów miało swoją "misję", której mogło podporządkować dobór tego, co należało (albo nie należało) opublikować. Dziś to nie jest możliwe, bo każda gazeta, każda stacja telewizyjna wie, że jeśli ma materiał na wyłączność, to musi go opublikować, bo inaczej na drugi dzień zrobi to inna stacja. To są zasady gry, które wszyscy znają, tylko takie staroświeckie gremia jak polska Rada Etyki Mediów, taki bezzębny tygrys, który lubi grozić palcem, udaje, że świat jest jeszcze taki jak przed 20 laty, kiedy (niektóre) gazety wstrzymywały publikacje materiału, aby nie szkodzić transformacji, pierwszemu niekomunistycznemu rządowi albo jakkolwiek definiowanemu interesowi państwa. Dziś nikogo już nie stać na to, by traktować czytelnika paternalistycznie, dziś czytelnik sam wybiera, co czyta bądź ogląda, i żaden dziennikarz nie może uchylić się od wykonania zadania ważnego dla pozycji swego pracodawcy na rynku, nawet jeśli uważa je za nieetyczne.
Można się oczywiście spierać o to, czy śledzenie losu ciężarnej 14-latki jest moralnie dopuszczalne. Niestety, niewiele z tego wynika, bo nie naruszono prawa, a prywatność jest w polskim prawie słabo chroniona. Nawet najsilniejsza ochrona prywatności nie zapobiega sytuacji, w której dziewczynka albo jej rodzice świadomie decydują się na zaangażowanie mediów, aby polepszyć swoją pozycję przetargową, i w której ta "gra mediami" potem wymyka się im spod kontroli. Ostatni taki przykład: rodzice zaginionej w Portugalii Madeleine, którzy najpierw angażowali media, aby ją odszukać, potem znaleźli się na pierwszych stronach portugalskich tabloidów jako główni podejrzani. To brzydka twarz wolności mediów: Nie ma już cenzury, nie ma już autocenzury, znikają tabu i razem z nimi też bariery, które kiedyś chroniły "szarego obywatela" przed zainteresowaniem mediów. Po stronie zysków mamy zaś historię uchodźców, których medialny pęd do personalizacji wydarzeń ratuje przed wydaleniem i torturami w ich kraju pochodzenia, czy też historię rodziny Krzysztofa Olewnika, która 15 lat temu pewnie nikogo specjalnie nie interesowałaby. Po stronie strat mamy zwykłych ludzi, którym przydarzyło się nieszczęście i których jakiś tabloid na pierwszej stronie nagle przedstawia jako potwory albo ośmiesza publicznie.
Kazania o moralności albo lament o bezwzględności mediów nic tu nie pomogą, bo dziennikarz, który się kieruje wyłącznie nakazami etyki dziennikarskiej, zachowuje się sprzecznie z logiką tego systemu i sprzecznie ze swoim własnym interesem. Nigdy też nie wiadomo, do czego doprowadzi uciążliwa wścibskość reporterów. Gdyby prasa belgijska na początku afery Dutroux nie interesowała się tak intensywnie szczegółami (często bardzo intymnymi i odrażającymi) afery, kto wie, czy zostałyby ujawnione wszystkie niedociągnięcia, błędy i zaniedbania organów ścigania? Byłem obserwatorem przy tym procesie i choć nigdy nie pracowałem dla tabloidów, to muszę przyznać, że właśnie to, iż każdy szczegół tej afery - dzięki prasowej wojnie między mediami belgijskimi - był znany opinii publicznej, przyczynił się do tego, że ostateczny proces sądowy był przykładem uczciwości, przejrzystości i przyzwoitości (szczególnie wobec ofiar). Afera Dutroux i dziś w podobny sposób afera wokół Nataszy Kampusch w Austrii też są przykładami, jak nawet skrajna personalizacja i emocjonalizacja wydarzeń w masowych mediach mogą pomóc ofiarom przestępstw w odzyskaniu poczucia kontroli nad własnym losem. Ocalałe z piwnicy Dutroux dziewczyny dzięki licznym wywiadom dla prasy i telewizji i dzięki temu, że mogły uczestniczyć w procesie jako strona, odzyskiwały poczucie podmiotowości i wyższości nad swoim oprawcą, co z psychologicznego punktu widzenia jest rzeczą bezcenną.
Jak uciec z tabloidu?
Czy te negatywne efekty tego pędu do personalizacji wydarzeń nie dadzą się w jakiś sposób ograniczyć? Jedna z możliwości polega na tym, aby nieco wzmocnić możliwości wyegzekwowania odszkodowań za naruszenie prywatności. Jest to metoda wątpliwa, podobnie jak np. wyposażenie polskiej Rady Etyki Mediów w możliwość nałożenia dotkliwych kar. W sytuacji, w której spodziewany zysk z naruszenia zasad jest większy niż spodziewana kara, wydawcy i tak będą ignorować zasady. Groźba wielomilionowego pozwu za naruszenie prywatności powstrzymałaby wydawcę tylko wtedy, jeśli byłaby to groźba wiarygodna. A bogate gwiazdy, którzy są w stanie opłacić adwokatów i koszty sądowe, mogą składać pozwy już teraz, bez nowelizacji prawa. "Zwykłego obywatela" takie sankcje nie chroniłyby, bo nie stać go byłoby na ich egzekwowanie. Karanie wydawców przez Radę Etyki Mediów bardziej sprzyjałoby niezależności dziennikarzy niż ochronie potencjalnych ofiar mediów, bo łatwiej byłoby im odrzucić nieetyczne polecania kierownictwa redakcji.
Przykład Belgii pokazuje, że i ten problem rozwiązuje się z czasem sam. Tak jak obecnie konflikt "Gazety" z "Dziennikiem" o sposób relacjonowania sprawy 14-letniej Agaty, tak i w Belgii rozgorzał wtedy spór między mediami, wydawcami a nawet dziennikarzami, którzy stworzyli wrogie obozy. Z jednej strony byli "wierzący" w wielki, polityczny spisek sięgający nawet domu królewskiego, z drugiej "niewierzący" w spisek, którzy oskarżali tych pierwszych o mitomanię i dążenie do podkopywania podstaw kraju. Takie rytuały są nie do uniknięcia. Co może robić redakcja, która nie była pierwsza i nie ma dostępu do źródła? Oskarżyć konkurencję o nieetyczne zachowanie oraz niecne cele i twierdzić, że to nie afera jest aferą, tylko sposób, w jaki konkurencja obchodzi się z aferą. W Belgii walka poszła tak daleko, że w końcu spadło zaufanie obywateli do wszystkich mediów, a w miarę, jak śledztwo się posunęło, wzrosło znów w stosunku do instytucji państwa i organów ścigania.
Z punktu widzenia szarego obywatela, którego media mogą ośmieszać i bezkarnie zniszczyć albo go ratować przed samowolą urzędników, mobilizować pomoc dla niego i oddać mu sprawiedliwość, najważniejsze nie są sankcje dla wydawców i ograniczenia wolności mediów, lecz znajomość funkcjonowania nowoczesnych mediów. Kiedy policja puka do drzwi i szary obywatel dostaje się w tryby aparatu ścigania, to wie, jak się zachować: zatrudnić adwokata, odmówić zeznania, przedstawić dowody, organizować kaucję. Tego uczy się w szkole, telewizji, czyta o tym w gazecie, kryminałach i podręcznikach. Ale tam nie ma informacji o tym, jak się zachować, kiedy dzwoni reporter z gazety, kiedy miejscowa gazeta "demaskuje" go na pierwszej stronie, kiedy przed budynkiem gromadzi się tłum fotoreporterów. Wtedy w głowie ma przestarzałe wyobrażeniach o dziennikarzach, którzy swoje kariery poświęcają dla ochrony źródeł, stereotypy o nieprzekupnych reporterach narażających własne życie w imię prawdy. Są to równie prawdziwe stereotypy jak przekonanie, że dobry adwokat broni tylko niewinnych.
Dziennikarstwo już nie jest misją czy powołaniem, jest takim samym zawodem jak hydraulik, makler giełdowy albo policjant. Wartość, jaką stanowią wolne media dla demokracji, wynika z konkurencji i interakcji między nimi, a nie z tego, że dziennikarze są lepszymi ludźmi niż inni. Dlatego media uczą, jak się zachowywać w policji i sądzie, ale nie uczą, jak pisać sprostowania i wystąpić o odszkodowanie za naruszenie dóbr osobistych. Tego szary obywatel musi się uczyć gdzie indziej.
*Klaus Bachmann - był korespondentem prasy niemieckiej i austriackiej w Polsce, w latach 2001-04 korespondent w Belgii, m.in. obserwator procesu Dutroux, od 2004 r. profesor politologii na Uniwersytecie Wrocławskim, a obecnie w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie
Źródło: Gazeta Wyborcza