http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Wiadomości z nogi wzięte

Wojciech Sadurski*
2008-05-31, ostatnia aktualizacja 2008-06-02 10:04

Fot. Paweł Piotrowski / AG

W mediach coraz częściej pojawiają się materiały, które spełniają wszelkie wymogi sztuki dziennikarskiej, poza jednym - nie są oparte na żadnym wydarzeniu rzeczywistym

Wojciech Sadurski
Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
Wojciech Sadurski
Generał Jaruzelski kandydatem lewicy w wyborach prezydenckich!" - krzyczy na okładce opiniotwórczy tygodnik "Wspak", ilustrując tytuł fotomontażem: Wojciech Olejniczak triumfująco unosi w górę rękę Wojciecha Jaruzelskiego na ringu bokserskim. W numerze - obszerny materiał czołowego publicysty "Wspak": w klubie poselskim SLD coraz głośniej mówi się o nowym pomyśle Olejniczaka. Sam Olejniczak na razie zaprzecza, ale anonimowi posłowie SLD potwierdzają, że to podobno nowy, "genialny" plan Olejniczaka na odzyskanie inicjatywy w łonie SLD w rywalizacji z Napieralskim. Sondaż ekspertów: wybitna socjolog nie wyklucza, że może to być nieoczekiwanie skuteczne zagranie lewicy, ale młody działacz Nowej Lewicy mówi: "Będę to odradzał Wojtkowi, gdy się z nim spotkam następnym razem". Jerzy Urban oznajmia tajemniczo: "Uważam gen. Jaruzelskiego za najwybitniejszego polskiego polityka ostatnich dwóch stuleci". Czyżby potwierdzenie wyników naszego dziennikarskiego śledztwa? - pyta "Wspak". Posłowie PiS-u i PO są oburzeni: "Może by wreszcie pociągnąć generała do odpowiedzialności, zamiast wysuwać na szczyty władzy?" - zapala się poseł PiS-u. Ekspert ds. wizerunku politycznego uważa, że Jaruzelski ze swymi ciemnymi okularami może dodać image'u niezbyt poważnie wyglądającym młodym liderom lewicy. Opinia publiczna jest podzielona: w sondzie telefonicznej przeprowadzonej na zlecenie "Wspak" przez renomowaną firmę Vox Populi na 37 respondentów aż 6,3 proc. zapowiedziało, że będą głosować na generała. 70,2 proc. nie ma zdania. Felietonista "Wspak" dworuje: "Co prawda ogłosiłem koniec Polski Michnika i Kiszczaka, ale nie dodałem do tej listy Jaruzelskiego!".

Tego typu materiałów dziennikarskich mamy coraz więcej, a to, co napisałem przed chwilą, nie jest owocem chorej wyobraźni, ale przykładem czegoś, czym - jako czytelnicy i widzowie - jesteśmy stale karmieni. Do tego stopnia, że z wolna przestajemy odróżniać "twarde" fakty od wytworów konfabulacji dziennikarskiej. Wytwory te spełniają wszelkie formalne wymogi dobrego materiału prasowego, poza jednym - oparciem się na jednym choćby wydarzeniu rzeczywistym. W środowisku dziennikarskim takie produkty faktopodobne zwane są wulgarnie, ale jednoznacznie: "Wiadomości z d..y wzięte" - w tytule swego artykułu pozwoliłem sobie strawestować to brutalne określenie przez wzgląd na wrażliwość czytelnika.

Zapotrzebowanie na takie "newsy" stale rośnie, bo konkurencja na rynku medialnym jest coraz ostrzejsza, a poważne media nie mogą pisać np. o wędrówce wieloryba w górę Wisły albo o stawie na Mazurach wypełnionym wódką. Ich sensacje muszą, na pozór przynajmniej, wiązać się z polityką. A ponieważ sensacje polityczne nie wydarzają się co dzień, trzeba im pomagać.

Deformacja przestrzeni politycznej

Jest to zjawisko nieźle już rozpoznane w zachodniej literaturze naukowej. W doskonałej książce "Robienie opinii: nowa gra polityczna" (1990) francuski socjolog Patrick Champagne ujmuje władzę mediów jako możność "konsekrowania" - czyli uznawania pewnego wydarzenia, człowieka czy idei za warte szerszego rozważenia. Innymi słowy, media uświęcają pewne rzeczy jako mające specjalne znaczenie.

Champagne opiera się na obserwacji swego nauczyciela Pierre'a Bourdieu: "Im więcej dane ciało ma energii, tym bardziej deformuje przestrzeń wokół siebie". Tak właśnie "ciała medialne" deformują przestrzeń polityczną. Potem, w drodze "logiki okrężnej" zarówno dziennikarze, jak i politycy reagują na te przejawy "opinii publicznej", które wcześniej sami skonstruowali - np. formułują pytania do sondaży, a następnie relacjonują reakcje na te sondaże.

Ta sama "logika" wpływa nawet na tych uczestników gry politycznej, którzy nie przedarli się jeszcze do tej symbiotycznej relacji media - polityka. Champagne pokazuje, że pewne demonstracje organizowane są głównie po to, by zostały zrelacjonowane przez media - co oznacza, że mogą zaistnieć na warunkach dyktowanych przez media.

W interesującym artykule z 2003 r. brytyjski socjolog Nick Couldry pisał: "Gdy Bourdieu opisywał rosnącą presję telewizji na, powiedzmy, świat akademicki, to miał na myśli nie tylko oczywiste konsekwencje ekonomiczne (duża oglądalność oznacza więcej sprzedanych książek), ale także to, że telewizja deformuje kapitał symboliczny, kluczowy dla życia akademickiego, kreując nową grupę naukowców, których reputacja w świecie akademickim po części opiera się na ich wystąpieniach w telewizji". Doskonale znamy to zjawisko także w Polsce. Jest to - jak pisze Couldry - "meta-kapitał medialny", który dyktuje, co liczy się jako właściwy "kapitał" w takich dziedzinach, jak życie naukowe.

Niewydarzenia

Wróćmy jednak do polityki. Nie ulega wątpliwości, że politycy mają naturalny pociąg do mediów - "parcie na szkło", by użyć ładnej metafory. Bez regularnego pojawienia się w mediach politycy po prostu nie istnieją. Mniej jednak zwraca się uwagę na wpływ, jaki ma to zjawisko na same media - na ową "logikę okrężną", o której pisze Champagne. Wiele tematów dyskutowanych przez media nie dotyczy bynajmniej wydarzeń czy zjawisk istniejących w świecie obiektywnym - w tym sensie, że nie dotyczy faktów, które wydarzają się niezależnie od mediów.

Jednym z wytłumaczeń tego stanu rzeczy jest niezwykły rozrost branży specjalistów od public relations (PR, zwanych czasem w krajach anglosaskich „konsultantami do spraw komunikowania”), których kompetencja polega na manipulowaniu mediami dla celów politycznych. W ten właśnie sposób politycy wchodzą do sfery medialnej i „deformują” przestrzeń polityczną, by użyć metafory Bourdieu. W konsekwencji wiele wiadomości politycznych publikowanych przez media to po prostu darmowa reklama polityczna tworzona przez samych polityków. Politycy, utrzymując (często na koszt podatnika) pracujące dla nich firmy PR, subsydiują w ten sposób koszty zbierania i przetwarzania informacji, by uzyskać wpływ na swój wizerunek tworzony przez media.

Ale jeszcze bardziej negatywną tendencją jest tworzenie i relacjonowanie "niewydarzeń" - takich jak wymyślony przeze mnie "faktoid" o Jaruzelskim jako kandydacie na prezydenta. W książce "Wizerunek: przewodnik po pseudowydarzeniach w Ameryce" (1960) amerykański badacz Daniel J. Boorstin zaprezentował wnikliwą anatomię takich "niewydarzeń". Po pierwsze - nie są spontaniczne. Po drugie - są przygotowane wyłącznie lub głównie po to, by można je było zrelacjonować. Po trzecie - ich związek z obiektywną rzeczywistością jest wątły. Po czwarte - zazwyczaj zawierają samospełniające się przepowiednie... Najbardziej typowymi przykładami takich "niewydarzeń" są dla Boorstina przecieki polityczne, które stały się "jednym z głównych instrumentów przekazywania ważnych informacji opinii publicznej przez urzędników".

Tę analizę potwierdza książka "Wymiana informacji: przecieki, kłamstwa i informacje na boku" (2006). Jej autor, Anglik Nicholas Jones analizuje wpływ tzw. informacji nieupoważnionych na debatę publiczną w Wielkiej Brytanii. Dowodzi, że przecieki zazwyczaj wcale nie są tym, na co wyglądają - nie są ujawnieniem kompromitujących informacji przez idealistycznego urzędnika lub polityka, ale są zaprojektowane i zaaprobowane na najwyższym szczeblu. Następnie te pseudoprzecieki są z najwyższą powagą i gorliwością relacjonowane przez media. Jednak opinia publiczna bardzo rzadko świadoma jest ich prawdziwego rodowodu. W rezultacie stają się przydatnym instrumentem propagandy politycznej albo politycznych porachunków, przy czym obie strony - politycy i media - są zadowolone.

Tematy zastępcze

Zdarza się, że "pseudo-wydarzenia" są organizowane po to, by uniknąć negatywnych relacji prasowych, a nie po to, by spowodować relacje pozytywne. Jest to taktyka tzw. tematów zastępczych - celowego nagłaśniania pewnych tematów po to, by odwrócić uwagę od spraw poważniejszych, których upublicznienie byłoby dużo bardziej szkodliwe. W artykule z 2000 r. brytyjski politolog Aeron Davis zauważa, że agencje PR "wykorzystują wiele środków komunikowania dla uniknięcia relacji negatywnych". W stosunkach między londyńskimi politykami i mediami Davis zauważa dwa trendy: "rosnącą centralizację informacji partyjnych i rządowych oraz rosnące ograniczenia informacji przekazywanych dziennikarzom i opinii publicznej". I konkluduje: "Wszyscy zaangażowani w komunikację polityczną stwierdzili, że większość czasu poświęcają blokowaniu relacji negatywnych i reagowaniu na takie relacje, nie zaś promowaniu debaty politycznej".

A zatem idealny model relacji między polityką a mediami rzadko znajduje odbicie w rzeczywistym świecie. Ani politycy nie powstrzymują się od bezwstydnego manipulowania mediami we własnym interesie, ani media nie są bezstronnym zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu polityki. W zeszłym roku John Lloyd - wybitny publicysta brytyjski z długim stażem w "Financial Times Magazine" - opublikował książkę "Co media robią naszej polityce?" Alarmował w niej, że media stały się prawdziwym zagrożeniem dla demokracji - niszcząc dyskurs publiczny, zamiast dbać o jego kształt. Sfera publiczna stała się "areną, na której rozgrywane są turnieje, a zarazem dżunglą, w którą zagłębiają się reporterzy, by polować na swe ofiary, które wywlekają swymi dzidami na światło dzienne".

Jak widać, rewelacje tygodnika "Wspak" nie są czymś niespotykanym w świecie dziennikarskim i politycznym. Wprost przeciwnie. Czy są to zjawiska nieuchronne? Do pewnego stopnia chyba tak. Taka jest niestety nieubłagana logika konkurencji o czytelnika i żaden sektor mediów - poza najbardziej niszowymi - nie jest od niej wolny. Ale już samo zdanie sobie sprawy z tych zjawisk - nauczenie się rozpoznawania dziennikarskiej hecy, nawet mającej formalne pozory poważnej publicystyki politycznej - jest krokiem w kierunku osłabienia ich deformującego wpływu na politykę.



* Wojciech Sadurski jest profesorem Europejskiego Instytutu Uniwersyteckiego we Florencji i Centrum Europejskiego na Uniwersytecie Warszawskim

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 63 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':