Żeby dowiedzieć się, co myślą o nas Polacy, słucham ojca. Niechęć pomieszana z niezrozumieniem - mówi Michał Pęczek, lat 30, absolwent politologii Uniwersytetu Śląskiego, pracownik Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. Po pracy: sekretarz Ruchu Autonomii Śląska, RAŚ - organizacji walczącej o samodzielność regionu.
Ojciec Michała, aktor warszawskiego Teatru Współczesnego, denerwuje się, gdy przy rodzinnym stole schodzi na RAŚ: - Najpierw autonomia, potem niepodległość, a na koniec przyłączycie się do Niemiec.
Syn o ojcu: Gorący polski patriota. O sobie: Śląski patriota.
Nasz Śląsk, nasz skarb
Śląsk już poznał smak autonomii, przed II wojną światową wprowadzono ją na niewielkim skrawku, który dostał się Polsce po powstaniach śląskich. Statut Organiczny, który ją gwarantował, posłowie przyjęli 15 lipca 1920 r., gdy armia Tuchaczewskiego parła na Warszawę, a Śląsk był jeszcze częścią Niemiec.
Chodziło o to, by przekonać Ślązaków, że Polska to dobry wybór. Na bogatym Śląsku bowiem nawet robotnicy nie mieli powodów do narzekań, tak tu było dostatnio. Wysoki poziom życia wynikał z historii - Śląsk od wieków związany był z wysoko rozwiniętymi gospodarczo Niemcami.
Dlatego statut autonomii obiecywał, że Śląsk nie będzie musiał dzielić się swym dostatkiem z resztą Polski. Stworzono śląski skarb, do którego spływały podatki. Pieniędzmi dysponował Sejm Śląski; tylko jedna dziesiąta dochodów była przekazywana do Warszawy.
6 maja 1945 r. dekret o zniesieniu Statutu wydała Krajowa Rada Narodowa. - Śląsk syty i Polska cała! - skandują dokładnie 63 lata później przed kancelarią premiera ludzie ubrani w niebieskie koszulki z żółtym, piastowskim orłem. To członkowie Ruchu Autonomii Śląska domagają się unieważnienia dekretu. Był nieważny - twierdzą - bo KRN nikogo o zgodę nie pytała.
Zapachniało Bałkanami
Jesienią 1991 r., ledwo rok po powstaniu, zdobyli w wyborach do Sejmu dwa mandaty poselskie. Wygrywali modę na regionalność. Powrót do śląskich korzeni i odkłamywanie śląskiej historii - te hasła trafiały do serc tysięcy ludzi, którzy przez cały PRL byli wyśmiewani z powodu śląskiego akcentu i musieli ukrywać, że mieli dziadka w Wehrmachcie. - A niby gdzie miał służyć? Czy go ktoś zresztą pytał o zgodę? - pytali.
A jednak nie Ruch Autonomii Śląska, tylko zajmujące się kulturą stowarzyszenie Związek Górnośląski stało się najbardziej wpływową organizacją w regionie. Miał wojewodę, a w wielu miastach radnych i prezydentów, ale zajął się przede wszystkim kulturą, a nie polityką. Imprezy, które organizował - Śląskie Gody, Śląskie Śpiewanie czy Śląsk Muzyką Malowany - pokazywały świat sielski, rozśpiewany i z rubasznym humorem. Ludzie walili na nie tysiącami.
W tym czasie RAŚ z marsową miną domagał się "wyrazistego upodmiotowienia Śląska i jego mieszkańców poprzez utworzenie własnego parlamentu, skarbu i rządu". Za cel główny zaś ogłosił utworzenie dwóch autonomicznych regionów w historycznych granicach Dolnego i Górnego Śląska.
Zapachniało Bałkanami, do RAŚ przylgnęła etykietka oszołomów, nikt nie chciał tego słuchać.
Gdy 1997 r. wystąpili z pomysłem zarejestrowania Związku Ludności Narodowości Śląskiej, zainteresował się nimi Urząd Ochrony Państwa. W raporcie o bezpieczeństwie państwa ostrzegał, że RAŚ może stanowić potencjalne zagrożenie dla interesów RP, co oznaczało, że jego działalność grozi rozpadem państwa. Wniosek o rejestrację Związku, choć działacze RAŚ dotarli z nim aż do Strasburga, przepadł.
W gazetach jeśli już coś o nich pisano, to wyłącznie źle lub prześmiewczo. - Wpędziliśmy się w ślepą uliczkę - uznali sami rasiowcy. W 2003 r. zmienili władze. Nowym przewodniczącym został Jerzy Gorzelik, historyk sztuki z Katowic.
Z ruchem idziemy
Gorzelik dziś: 39 lat, adiunkt na Uniwersytecie Śląskim. Zanim autobusy wyjadą z Katowic do Warszawy na manifestację w sprawie autonomii, musi wszystkiego dopilnować. Strofuje rozgadanych: "Siednij se już, bo musza sprawdzić obecność". A potem czystą polszczyzną mówi nam, że autonomia to nie separatyzm, ale decentralizacja. I wymienia, co Ślązacy powinni mieć własnego, niezależnego od Warszawy:
- skarb, do którego płynęłyby ich podatki;
- programy szkolne, żeby dzieci mogły się uczyć o Donnersmarcku, który budował górnośląski przemysł, a nie tylko o Chmielnickim, i żeby mogły zobaczyć, jak wygląda herb górnośląski, a nie tylko polski;
- kulturę i policję;
Warszawie pozostanie: nie wtrącać się w życie śląskiego samorządu. Na otarcie łez dostanie część ze śląskich podatków i możliwość prowadzenia polityki zagranicznej i obronnej. Czyli tyle samo, co przed wojną.
Autonomiczne województwo śląskie miałoby objąć Opolszczyznę, a z obecnego śląskiego mniej więcej połowę, oczywiście bez Częstochowy.
Średnia wieku w autobusach - około 35 lat. Mają: niebiesko-żółte flagi, banery z napisami "Śląskiej ziemi fest przajemy, bez toż sam pikietujemy", a także materiały dla prasy z wyjaśnieniem, o co chodzi z autonomią. Na niebieskich koszulkach napis Górny Śląsk, ale nie po polsku, lecz po niemiecku i po śląsku - z literami, których nie ma w polskim alfabecie.
Dziewczyny z podmikołowskich wiosek są po pierwszym dniu matury. Teraz powtarzają niemiecki, jedna czyta "Konrada Wallenroda". W podstawówce były w harcerstwie, teraz w RAŚ. Jeżdżą oglądać mecze Ruchu Chorzów, który dla takich jak one, Ślązaków i Ślązaczek, jest "śląską reprezentacją narodową". Jedna z nich ma niebieską bluzkę, wisiorek Ruchu Chorzów, a w MP3 - piosenkę niejakiego Bułki, który rapuje o Ruchu: "Silni i dzielni/ tradycji wierni/ ze śląskiej ziemi/ z ruchem idziemy/ milowym krokiem/ na szczyty ligowe".
Kibice Ruchu Chorzów przedstawiają się jako śląscy patrioci:
Po co jadą na manifestację RAŚ do Warszawy?
Kasia, ta od Bułki: - Bo w pierwszej klasie nauczycielka wyrzuciła mnie z klasy, jak powiedziałam do koleżanki: "Dej mi ta książka".
Artur, licealista: - W państwie musi być sprawiedliwość. Jak ktoś coś zabiera, to potem musi oddać.
Róbmy swoje, to przetrwamy
Po klęsce ze Związkiem Ludności Narodowości Śląskiej odrodzili się w internecie. Na forach młodzi ludzie dyskutowali zażarcie o tym, że Śląsk traci swoje pięć minut, że z każdym rokiem przegrywa w konkurencji z innymi miastami. I szukali odpowiedzi, co zrobić, żeby to zmienić. Założyli "Republikę Śląską" - wirtualną grę, taki śląski "Second Life", w którym Śląsk był autonomiczny jak w latach 20. zeszłego wieku.
Forum regionu prowadzą członkowie i sympatycy RAŚ. Nie uznają tematów tabu, wyrzucają tylko posty dyskryminujące ze względu na narodowość, czyli ataki antypolskie albo antyniemieckie. Nie rozmawiają z hajlującymi. Ale pozwalają się wpisywać swoim przeciwnikom. Głównie dostaje im się za "rozwalanie Polski" i "ataki na polski interes narodowy".
Nagle okazuje się, że na Śląsku jest nienawidząca Polski mniejszość etniczna - napisał jeden z nich.
- Autonomia to anachronizm, dla niektórych to element walki o władzę i popularność - dodaje Piotr Spyra z Ruchu Obywatelskiego "Polski Śląsk", który powstał w opozycji do RAŚ.
Logują się ludzie z całej Polski, ale i ze Stanów, Niemiec, Wielkiej Brytanii, jest nawet internauta z Malezji.
Michał Pęczek właśnie w internecie dowiedział się o Młodzieży Górnośląskiej, MG, przybudówce RAŚ - stowarzyszeniu, które chce umacniać tożsamość regionalną. Jeszcze na studiach po omacku szukał miejsca, gdzie mógłby działać. Rozpierała go energia. Politycznie określa się jako centroprawica, ale głosuje na ludzi, a nie na partie. Zresztą partie odpadają, bo kojarzą mu się najgorzej - z warszawskim centralizmem.
Młodzież Górnośląska była inna. Na jej stronie przeczytał: "Jesteśmy organizacją zrzeszającą młodych ludzi czujących związek z Górnym Śląskiem. Nie mamy żadnej określonej orientacji politycznej. Chcemy budować demokratyczny, obywatelski Śląsk i wspólną Europę regionów. Jesteśmy otwarci na wszystkich bez względu na to, czy mieszkają na Śląsku od pokoleń, czy przybyli niedawno".
- To dla mnie - pomyślał. Mama z Podhala, tata z Olkusza, a on sam - Ślązak. Solidny, nie lubi się spóźniać, nie zawala terminów. Życiowe motta: "Róbmy swoje, to przetrwamy" i "Rodzina ponad wszystko".
Wysłał maila do chłopaków z MG, zgadali się na piwo w jednym z katowickim pubów. Trochę mówili, więcej godali (choć Michał gwary nie zna zbyt dobrze). O tym, że Ślązacy są dyskryminowani, że wizerunek Śląska w Polsce - fatalny, prawdziwa śląska kultura idzie w zapomnienie i zastępują ją "szlagiery"- kiczowate przeboje rodem z bawarskiej telewizji.
I że trzeba coś z tym zrobić.
Michał: - Wchodzę w to.
Potem z Młodzieży Górnośląskiej trafił do Gorzelika. Znalazł się w towarzystwie podobnych sobie - studentów, młodych przedsiębiorców. Dziś w RAŚ jest 7 tys. członków, stu działa aktywnie.
Takie piękne zabytki
W 2005 r. zorganizowali Górnośląskie Dni Dziedzictwa. Wymyślili, że będą pokazywać śląskie zabytki: monumentalną jak gotyckie katedry elektrociepłownię Szombierki w Bytomiu, a w Katowicach kaplicę sióstr Elżbietanek z pięknymi freskami i zamienione w ponury sąd dawne starostwo.
Wśród oprowadzających wycieczki - Gorzelik. - Chodzi o to, żeby to nie było wydarzenie głównie dla naukowców, ale dla zwykłych mieszkańców, których interesuje, co znajduje się tuż przy ich domach. Często Ślązacy mają kompleksy z powodu tego, że akurat tu mieszkają. Udowodnimy, że są one zupełnie nieuzasadnione - objaśniał swój pomysł.
Największym sukcesem okazały się dni poświęcone zabytkom techniki przemysłowej. Miasta przypomniały sobie o zaniedbanych od dawna obiektach. RAŚ po raz pierwszy od czasu awantury o rejestrację Związku Ludności Narodowości Śląskiej zaczął przebijać się do mediów. W dodatku od pozytywnej strony.
Zamiast mówić o autonomii, Gorzelik eksponował kulturę i umacnianie śląskiej tożsamości. A urzędników zasypywał pytaniami, których nie mogli zbyć wzruszeniem ramion - o decentralizację i dokończenie reform samorządowych.
Do MEN wystąpił o wprowadzenie do szkół obowiązkowych lekcji wiedzy o regionie.
Do katowickiego magistratu - o uhonorowanie własną ulicą albo przynajmniej tablicą zasłużonych dla powstania miasta postaci i niemieckich rodów.
Uwagę kibiców zwrócił z kolei reaktywacją, po ponad 60 latach, klubu FC Katowice. W międzywojniu był to najpopularniejszy, choć założony przez Niemców, zespół w mieście. Grał w polskiej ekstraklasie piłkarskiej i w 1927 r. zdobył wicemistrzostwo kraju.
Gdy jeden ze śląskich historyków zauważył, że przed zoo na warszawskiej Pradze stoi XIX-wieczna rzeźba lwa, która zniknęła w latach 60. z Bytomia, RAŚ zażądał, by wróciła na Śląsk. Negocjacje trwają.
Potem stanął w obronie opiekunów cmentarza żydowskiego, gdy straszyli ich neonaziści z Redwatch. I ufundował wraz ze starostwem rybnickim tablicę upamiętniającą ks. Józefa Gawlinę, biskupa polowego Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
Autonomiści przestali się kojarzyć z oszołomstwem. W wyborach samorządowych w 2006 r. przegrali tylko z czwórką największych partii.
Terroru nie będzie
- Polacy z centralnej części kraju nie rozumieją, że inaczej żyje się na mazowieckich równinach, a inaczej nad granicą - tłumaczy Pęczek, który jeszcze na politologii doszedł do wniosku, że najlepszy ustrój państwowy to system federacyjny. Państwa, które pozwalają regionom na samodzielność, kwitną gospodarczo, rozbudzają ruch obywatelski. - Im lepiej Śląsk będzie funkcjonował, tym lepiej i więcej dla Polski. Śląsk nie powinien być obciążeniem dla budżetu, ale jego wsparciem.
- Nie chodzi - tłumaczy - o niepodległość czy separatyzm, jak myśli mój ojciec, ale o coś zupełnie innego: nie podoba nam się państwo, które we wszystko chce wściubiać nos, rządzić życiem obywateli.
Dla wielu działaczy RAŚ jednym z najlepszych przykładów nowoczesnego ustroju federacyjnego jest Hiszpania. Wskazują na podobieństwa między Górnym Śląskiem a Krajem Basków. Ale Baskowie to także terroryzm ETA.
Pęczek: - Jesteśmy przeciwko. Terroryzm to głupota. ETA robi czarny PR wszystkim dążeniom autonomicznym regionów. Po co podkładać bomby? Rewolucję można zrobić śmiechem, radością, pozytywną energią, bez zadęcia.
Separatyzm? - Mam polski paszport, nie chcę odrywać Śląska od Polski. Po prostu chcę, by polityka, władza były bliżej obywateli. Ślązacy zawsze byli niepokorni, na początku XX wieku zorganizowali powstania, żeby odłączyć się od Niemiec i przyłączyć do Polski. Teraz też są forpocztą zmian - chcą decentralizacji kraju.
Autonomia za 40 lat
Z Pęczkiem pod kancelarię premiera do Warszawy przyjechał Karol Sikora, prezes Młodzieży Górnośląskiej, główny organizator Górnośląskich Dni Dziedzictwa. Szczupły, dżinsy, długie włosy związane w kucyk.
Jeszcze w liceum zauważył, że swojskość odchodzi w przeszłość. Znikają śląskie obyczaje, tradycja i gwara. U niego w domu, w Łaziskach, zawsze się godało, ale teraz coraz więcej osób godania się wstydzi. Myślą, że to ich dyskredytuje. Boją się, że uniemożliwi awans społeczny. Więc na wszelki wypadek godają w pubach, gdy przy piwie już jakby więcej wypada, ale na uczelni tylko "ę" i "ą", trzeba udawać gorola, obcego.
Sikora chce po studiach zostać na Śląsku i pracować w organizacjach pozarządowych. Jeśliby miał wyprowadzić się do Warszawy, to tylko po to, żeby tam lobbować na rzecz Śląska. Czuje się Ślązakiem i dobrym obywatelem Polski. Bo działalność na rzecz państwa zaczyna się od spraw lokalnych, środowiskowych.
Śląskość? - To poczucie związania z ziemią, obyczajami, językiem - mówią najczęściej. - To poczucie tożsamości, identyfikacja z podobnymi ludźmi i wartościami - dodają inni.
Wartości? - Rodzina, pracowitość, solidność.
A autonomia? - Długi marsz, może zająć 40 lat. Trzeba dopiero otworzyć debatę, przygotować grunt, ale jesteśmy cierpliwi.
Mrzonki?
O długim marszu mówi też Kazimierz Kutz, rocznik 1929, reżyser i poseł, który już kilka lat temu zasłynął głośnym poparciem dla idei regionalnej autonomii, oraz o 13 lat młodszy Henryk Waniek, malarz i pisarz nominowany do nagrody Nike za powieść "Finis Silesiae" poświęconą polsko-niemieckiemu Śląskowi przed II wojną. Obaj byli najstarszymi uczestnikami demonstracji 6 maja pod kancelarią premiera. Przyjechali, choć nie należą do RAŚ i mieszkają w Warszawie, a nie na Śląsku. - Czułem się zaproszony, choć nie bardzo poważnie traktuję mrzonki o autonomii. To robota na długie lata, w dodatku bez żadnej pewności, że cel zostanie osiągnięty - mówi Waniek.
A jednak podczas spisu powszechnego zadeklarował narodowość śląską, przyjął Górnośląskiego Tacyta - nagrodę autonomistów dla osoby zasłużonej dla promowania kultury śląskiej: - To, co robią Gorzelik i jego koledzy, cementuje poczucie tożsamości śląskiej. Dzięki nim tak wspaniale się rozwija.
Kutz: - Autonomia nie jest przestępstwem. Umniejsza tylko władzę państwa na korzyść demokracji obywatelskiej. Im mniej państwa, tym lepiej dla ludzi. W końcu Polacy to zrozumieją.
Ja, Ślązak
W ostatnim numerze wychodzącego w Katowicach miesięcznika "Śląsk" Lech Nijakowski, socjolog, adiunkt na Uniwersytecie Warszawskim, opisuje wyniki badań przeprowadzonych w gimnazjum w Krzanowicach - gminie położonej ok. 100 km od stolicy regionu, nad granicą z Czechami. Podczas spisu powszechnego 20 proc. mieszkańców zadeklarowało narodowość niemiecką, a 7 proc. - śląską.
Na pytanie "Jakiej czujesz się narodowości?" połowa uczniów odpowiedziała - Polakiem-Ślązakiem, 23 - Polakiem, 14 - Ślązakiem-Niemcem, cztery proc. - Polakiem-Niemcem, trzy - Ślązakiem, a dwa - Niemcem.
Nijakowski komentuje: - Dołączanie identyfikacji śląskiej świadczy o silnym poczuciu przynależności do ponadnarodowej, regionalnej wspólnoty Ślązaków.
Pęczak: - W naszym kraju trzeba się zadeklarować: jestem Polakiem albo Niemcem. To nieporozumienie. Pozwólcie nam być po prostu Ślązakami.