Pomnik dla kontrabandzisty
03.02.2002
, aktualizacja: 13.10.2006 17:22
E.T.A. Hoffmann (1776-1822) (Fot. akg-images)
Przed mieszczańskim monopolem na "rozumność" i "zdrowie psychiczne" Ernst Theodor Amadeus Hoffmann uciekał w świat fantazji i szaleństwa, odkrywając to, co kryje się w mrokach umysłu ludzi "rozsądnych". O wielkim niemieckim pisarzu i kompozytorze pisze
Jego muzyka powinna zabrzmieć na Festiwalu Beethovenowskim w Warszawie. Nie tylko dlatego, że w tym właśnie mieście dyrygował przed dwustu laty dziełami mistrza Ludwiga. Także dlatego, że ducha polskiej muzyki pojął jak nikt inny. Przypomnijmy choćby Wielkie Trio E-dur, w które wplótł był oberka i krakowiaka, podobnie jak w swoje "śpiewogry" - poloneza. Po latach przyznawał, że samo wspomnienie wykonywanych w Warszawie polonezów sprawia mu "najprawdziwszą, głęboką rozkosz". W zachwycającym go rytuale poloneza widział wcielenie ducha romantycznego, którego był w Europie pierwszym propagatorem i modelowym wręcz reprezentantem.
Beethoven nie omieszkał mu podziękować za wszystko, co dla niego uczynił, w osobistym liście z 23 marca 1820 r. Można w nim przeczytać, że mistrz niezwykle rad jest z tego, iż człowiek tak niezwykły poświęca tyle uwagi jego skromnemu dziełu. A ponieważ "zbliżyć się chciał do niego" za pośrednictwem dostawcy listu, niejakiego Antoniego Nebericha, komiwojażera win, wolno mniemać, iż do listu dołączona była skrzynka lub choćby karton z butelkami wina. Być może te właśnie zakurzone butelki, schowane na specjalną okazję, tak zaskoczyły Misię - poznaniankę Mariannę Teklę Michalinę z domu Trzcińską - gdy po śmierci swego męża odkryła je w kącie piwnicy ich berlińskiego mieszkania na Taubenstrasse. Nigdy bowiem w tym domu wina nie miały szans należytego odleżenia...
Operę piszę przy burgundzie
Nazwisko kompozytora posłużyło Beethovenowi do znamiennej gry językowej. Mistrz jednak popełnił drobny błąd literowy. Jego kalambur brzmiał: "Hofmann - du bist kein Hof-mann". W wolnym przekładzie: "Hofmannie, nie jesteś dworakiem". Gdyby Beethoven znał prawidłową pisownię nazwiska swojego promotora, zapewne wyeksponowałby w nim inną konotację - nadzieję. Sam Hoffmann trzymał się jej kurczowo - już za młodu nazwał siebie "Hoffnungsratem", a więc radcą nadziei. Później, w Warszawie ustanowił swoisty Prinzip Hoffmann: "Jestem graczem, który stawia na ostatnią kartę - Nadzieję".
Ernst Theodor Wilhelm Hoffmann, jak oficjalnie się nazywał (imię Wilhelm zamienił później - właśnie w Warszawie - na Amadeus, na cześć Mozarta) był wysokim urzędnikiem króla Prus, najbardziej wziętym pisarzem Berlina i kompozytorem pierwszej opery romantycznej "Ondyna". Błyskawiczna kariera owej opery zakończyła się, gdy teatr na Gendarmenmarkt spalił się po czternastu jej przedstawieniach, na oczach kompozytora mieszkającego 20 kroków dalej. Pozostało mu tylko obserwować, jak pod niebo wzbija się 5 tys. peruk - wśród nich, szczególnie widowiskowo, peruka śpiewaka Carla Wilhelma Ferdynanda Unzelmanna z długim warkoczem "niby groźny, ognisty meteor". Peruki nie udało się ściągnąć trzema sikawkami straży, z których jedna uległa poważnemu uszkodzeniu - sam Hoffmann musiał ją obandażować jedwabnym fartuchem swojej Misi. Dopiero wyborowemu strzelcowi udało się zestrzelić tę perukę. "To materiał na epos" - pisał z wisielczym humorem w liście do wujka Richarda Wagnera, który później tak przekonująco rozwinął hoffmannowską koncepcję dramatu muzycznego.
Całe życie tego człowieka, złożonego z samych sprzeczności, "kontrapunktycznego zapętlenia", artysty i urzędnika w jednej, skrajnie przekornej osobie, jest materiałem na wielki szelmowski epos w stylu tak cenionego przezeń Cervantesa.
Czytając list Beethovena, bolał zapewne nad tym, że ukochany mistrz nazwał handlarza Nebericha, a nie jego, „pierwszym artystą win w Europie”. Zapewne nie znał jego, by tak rzec, poetyki tworzenia muzyki w zależności od gatunku win. „Gdy pisze się muzykę kościelną, koło fantazji pomagają napędzać stare wina reńskie lub francuskie, gdy opery poważne - czyni to najlepiej delikatny burgund, gdy zaś opery komiczne - szampan. Przy włoskich canzonetach najbardziej pomagają ogniste wina włoskie, a przy arcyromantycznej kompozycji, takiej jak »Don Juan « Mozarta, trzeba sięgnąć po napój, który powstał z połączenia ducha ziemi i ognistej salamandry - po koniak, arak lub rum. Co do mnie, uważam za konieczne przestrzec cię po cichu, że Duch ze Światła i Ognia Podziemnego zrodzony tak śmiele człowiekiem zawładnąć potrafi i tak jest niebezpieczny, że nazbyt jego przyjaźni wierzyć się nie godzi, bowiem ani się spostrzeżesz, jak minę odmieni i zamiast miłego druha, strasznego tyrana w nim mieć będziesz!”. (przekład Leon shiller)
Alkohol stał się tym jego tyranem. Uległ mu ochoczo, widząc "wybawienie w zgubie", jak przyznał w liście do przyjaciela - lekarza z Bambergu. Alkohol, stały temat awantur z Misią, która przestrzegała go przed skutkami pijaństwa.
A te już dawno zaczęły dawać się Hoffmannowi we znaki, choć nikt nigdy nie widział go pijanego do nieprzytomności. Wprost przeciwnie, dopiero picie stwarzało mu pełny komfort umysłu i słowa. Wstyd, żeby sędzia - senator sądu najwyższego Prus... A wcześniej musiał wysłuchiwać w Warszawie: wstyd, żeby królewski radca rządowy... Potem w Bambergu: wstyd, żeby dyrektor muzyczny teatru, reżyser Kleista i Calderona... W Lipsku i Dreźnie: wstyd, żeby kapelmistrz tak poważnej trupy jak trupa Secondy...
Lustra i sobowtóry
Tak, palił go wstyd, a jednocześnie wiedział, że gdyby nie ten wstyd, spłonąłby z innego wstydu. Ze "wstydu , że istnieję, skoro istnienie, to niesamowite istnienie, może w każdej chwili skończyć się tak niecnie - śmiercią". Niech mu nie zarzucają, że jest skandalistą, rozpustnikiem, awanturnikiem, pijakiem, fantastą, osobą do przesady ekstrawagancką, produkującą chorobliwie mroczne i rozdarte dzieła. "To, co duszę torturuje, ba, rozrywa nieopisanymi męczarniami, to, co najstraszniejsze, to to, co wydarza się w codziennym świecie. To okrucieństwo ludzi rodzi cierpienie, a to, co wielcy i mali tyrani stwarzają bezwzględnie z diabelskim poklaskiem piekła, to są prawdziwe historie z duchami".
Hoffmann zajrzał do mózgu swych bohaterów - który skądinąd był dla niego „orbis pictus wszystkich ludzkich szaleństw i błazenad” - przy pomocy przedziwnego miniaturowego mikroskopu i wykrywacza kłamstw Mistrza Pchły, który pozwalał na bezpośrednią demaskację obłudy. Dzięki tej swojej otwartości na wizje mógł przewidzieć coś, co wstrząśnie Niemcami i światem wiele lat później. Przewidział, że niemiecki diabeł z legend i bajek zmienia właśnie adres - przeprowadza się jako zwykły obywatel do zwykłego mieszkania w Berlinie.
By przewidzieć coś takiego, Hoffmann musiał otworzyć się na własną psyche, ujrzeć w niej pokusę obłędu i okrucieństwa, własne diabelskie implikacje i konotacje. Bo czym są hoffmannowskie sobowtóry? Konstrukcją świadomości, która przegląda się w sobie samej jak w lustrze.
W "Księżnicze Brambilli", którą Baudelaire nazwał "katechizmem wysokiej estetyki", znajduje się skrótowy opis tej operacji, tak prostej a tak niepojętej dla wszystkich, dla których jaźń jest monadą, z oknami zabitymi deskami uprzedzeń i dogmatów. U Hoffmanna nastąpiło jej otwarcie na świat - jednocześnie wewnętrzny i zewnętrzny. Pisarz nie uznaje "czystej fantazji", nie zakotwiczonej w świecie realnym. Jednak, w opozycji do dewizy Hegla "Wszystko, co rzeczywiste, jest rozumne", każdym swoim tekstem mówi: nierozumne, albo uchodzące za takież, jest jak najbardziej rzeczywiste. "Prawda marzenia" - jak napisała lapidarnie Maria Janion w "Projekcie krytyki fantazmatycznej".
W "Księżniczce Brambilli" w dniach rzymskiego karnawału pojawia się magiczna karoca. W szybach tego lustrzanego powozu przegląda się lud rzymski, sądząc, że to on sam jedzie w tej karocy - w której, ukryty przed wzrokiem pospólstwa, siedział mag albo i sam autor i przeglądał się w tłumie gapiów, szukając z kolei swoich sobowtórów. "Cudowna, z najgłębszego poznania natury zrodzona moc myśli, która wytwarza sobie własnego sobowtóra, aby przy jego pomocy poznać najdziwniejsze wybryki własnego bytu, i, trzymając się tego zuchwałego określenia, wybryki całości bytu, by się nimi rozkoszować". Jest to jednocześnie hoffmannowska definicja humoru, dzięki której Baudelaire nazwał go "arcymistrzem humoru absolutnego".
Ten humor zamienia się czasem w zjadliwą ironię. Wirtuoz gitary i fortepianu, kompozytor Kreisler niszczy swój instrument i drze partytury, zdając sobie sprawę z tego, jaki los spotyka boską muzykę w domach kołtunów-nuworyszy, gdzie domagają się od niego "fantazjowania" na fortepianie. "Od niepamiętnych czasów prześladowała go myśl, że szaleństwo czyha na niego jak dziki zwierz polujący na zwierzynę, i że nagle rozerwie go na strzępy". Żeby do tego nie dopuścić, Hoffmann-Kreisler obwarował się cały zbiorem, ba, całą karuzelą sobowtórów, z których każdy swoją określoną rolę i swój zakres kompetencji, a przede wszystkim chęć do podania drugiemu lustra, w którym ten mógł się przejrzeć i ocenić własny "grymas bytu". Bo dopiero lustro informowało o istnieniu odbitego podmiotu. "Lustrzane odbicie daje myśli pewność poznawczą, iż jest".
Republika Mistrza Pchły
Hoffmann był chwalony przez swoich przełożonych - za to, iż nic z jego humoru nie przedostawało się nigdy do sali sądowej, że jako wyśmienity prawnik, senator wydziału kryminalnego Sądu Apelacyjnego Prus z zimną precyzją analizował sprawy i wydawał wyroki. I tak by to funkcjonowało do samej śmierci "zasłużonego w urzędzie jako poeta, artysta dźwięku i malarz" - jak głosi jego nagrobek - gdyby nie nagłe zakłócenie. Hoffmann został powołany do "Bezpośredniej Komisji Królewskiej do wykrycia stowarzyszeń mających na celu zdradę stanu i inne wywrotowe poczynania". Król Fryderyk Wilhelm III popełnił niewybaczalny błąd. Oto bowiem Hoffmann wnet zdominował prace Komisji. Ujmował się za wszystkimi oponentami - w tym także nacjonalistycznymi radykałami - rygorystycznie trzymając się litery i ducha prawa. Dowodził, że oskarżenia są pochopne, że biorą się z niesłusznych podejrzeń i policyjnych manipulacji. Wyciągał oskarżonych z aresztów i więzień. Król zmuszony był powołać drugą komisję śledczą, ministerialno-policyjną. Wówczas Hoffmann zrezygnował z pracy w komisji królewskiej, a jednocześnie awansował w Sądzie Apelacyjnym, gdzie podziwiano jego kompetencję, zapał i bezprzykładną prawość. Powołując się na równość wszystkich wobec prawa, ośmielił się wezwać przed komisję samego szefa policji, czego ten nigdy mu nie wybaczył, prześladując go nawet po śmierci.
Karą doraźną była konfiskata wszystkich ustępów w "Mistrzu Pchle", ostatnim wielkim dziele Hoffmanna, w którym ów policmajster z łatwością rozpoznał siebie, choć w bajecznym przebraniu i satyrycznej masce. Hoffmann w tym dziele przestał kierować się tak długo przestrzeganym podziałem ról na urzędnika i pisarza. Popełnił jednak błąd niewybaczalny dla urzędnika państwowego - wykorzystując znajomość materiałów śledczych, w pozornie bajecznej fabule cytował protokoły przesłuchań. Wprawdzie wyrywkowo, często dla samej zabawy językowej, ale aparat śledczy migiem się zorientował, że oto ma w ręku wielkiego haka na tego skandalistę. Ruszyła machina, wysłano specjalnych agentów do wydawcy we Frankfurcie, by skonfiskować manuskrypt. Do tej niewiarygodnie groteskowej afery włączył się sam król, który kazał bezzwłocznie przesłuchać Hoffmanna. Ten jednak znajdował się już na łożu śmierci.
1
2
następne »









