Wyobraź sobie, że jesteś w empiku - mówi Michał Sztacheta, prawnik w dużej warszawskiej korporacji. - Wkładasz do koszyka, co chcesz. Dajmy na to, kolekcję wszystkich płyt Milesa Davisa, nową płytę Kultu, ścieżkę dźwiękową z "Dumy i uprzedzenia". Dokładasz gry: "Cywilizację 4", "Fifę 2006". I trochę filmów. A teraz z tym koszykiem mijasz kasę i wychodzisz. Nikt cię nie zatrzymuje. I jutro robisz to znowu. Na tej samej zasadzie. Fajnie, nie?
Michał przez 462 dni ściągnął za darmo z internetu 571 GB. Daje to 835 filmów lub 117 tys. piosenek w formacie MP3.
Muzykę trzyma w komputerze. Filmy leżą w czarnych klaserach pod ścianą. - Oglądam je rzadko - przyznaje Michał rozbrajająco. - Czasu mam mało. Ale lubię kolekcjonować.
Co to jest p2p?
- Tak całkiem dla nooba? - upewnia się Lester, gdy pytamy go, o co właściwie chodzi z tym ściąganiem i jak to się robi.
- Nooba?
- No, laika - poprawia się.
- Tak.
Zapada cisza.
Lester i Sakki popijają herbatę w kawiarence. Wyglądają jak Don Kichot i Sancho Pansa - Lester jest wysoki i chudy, Sakki lekko przy kości.
Obaj od czterech lat prowadzą internetowy serwis dla użytkowników p2p. Ich stronę www.Osloskop.net codziennie odwiedza ok. 85 tys. osób. Osloskop ma trzy wersje językowe: polską, angielską i niemiecką. Nazwa serwisu pochodzi od Osła (eDonkey) - jednego z najpopularniejszych programów do ściągania filmów, muzyki i programów z internetu.
- Wyobraź sobie miasto - zaczyna Lester. - W tym mieście są ulice, nie? Ulice - to internet. Po ulicach jeżdżą autobusy różnych sieci. Na przykład autobus poczty internetowej albo sieci p2p. I ta linia p2p łączy mnie z innymi ludźmi. I ja z tą drugą osobą mogę się wymienić zasobami sieci. Załóżmy, że np. skomponuję piosenkę "Lester song". Tę piosenkę z mojego komputera będą mogli ściągnąć i przesłuchać wszyscy użytkownicy p2p.
- Tylko piosenkę?
- No, nie. Filmy, programy komputerowe, książki. Teraz jest jaśniej?
Miączyński: zostaję piratem
Czarna flaga na maszt. Będę piratem. Siadam przed domowym komputerem. Instaluję program eMule, zwany w sieci pieszczotliwie Mułem bądź Osiołkiem.
Muł wygląda nieefektownie. Po prostu kilka okienek z cyferkami. U góry tajemnicze przyciski: połącz, kad, serwery, transfer, szukaj, pliki, wiadomości itd. Tylko tyle? Czuję rozczarowanie.
Naciskam "połącz".
I co dalej? Dzwonię do Michała Sztachety, który uspokaja, że wszystko w porządku i teraz mogę po prostu ściągać.
- Ściągać? Ale jak?
- Wpisz w wyszukiwarkę programu, jaką chcesz piosenkę. Naciśnij start. Jak coś się pokaże na ekranie, kliknij na to dwa razy myszą. Tyle - Michał ziewnął przez telefon i powiedział, że idzie spać, bo jutro zaczyna pracę o szóstej rano.
Dobra. Szukam piosenki: "Yo ho (A pirate's life for me)" z filmu "Piraci z Karaibów". Jest! Klikam dwa razy i idę spać.
Rano niemiła niespodzianka. Piosenki nie ma.
Nie ma jej też wieczorem. Co jest? Zaczynam się denerwować. Kolejny telefon. Michał tłumaczy, że to, jak szybko piosenka znajdzie się na moim komputerze, zależy m.in. od tego, ile osób ma na swoim komputerze plik, który chcę ściągnąć. Im więcej, tym będzie szybciej. - Wybieraj takie pliki, które ma wielu ludzi.
Ściąga cała Polska
p2p to skrót od angielskiego peer-to-peer (równy z równym). Pierwszą siecią tego typu był Napster autorstwa 19-letniego amerykańskiego studenta Shawna Fanninga. W 1999 r. wpadł na pomysł, by internauci wymieniali się - oczywiście za darmo - piosenkami w plikach MP3. Po kilku miesiącach z Napstera korzystały miliony osób.
Gwiazdy muzyki - m.in. Metallica, Dr Dre, Eminem, Madonna - szybko zaprotestowały. Ale idea p2p podbiła internet. Dziś z licznych tego typu sieci i programów korzysta ok. 13 mln osób. W każdej chwili w internecie udostępniają one ok. 1,2 mld plików. Z analiz firmy badawczej Jupiter Research wynika, że sieci p2p generują nawet połowę ruchu w internecie!
Milano poznajemy poprzez stronę www.polishtracker.org., gdzie jest numerem jeden na liście udostępniających. Ma 23 lata. Przez 11 lat trenował hokej. Później złamał rękę i wziął się za street fighting - sztukę walk ulicznych. Lubi piwko z jointem, dziewczyny, sport, muzyczkę, tatuaże (ma dwa) i - jak to określa - kreskówki (czyli po prostu filmy porno).
Każdego dnia Milano wysyła internautom za pomocą sieci BitTorrent ponad 20 GB kreskówek. Te 20 giga to mniej więcej 30 standardowych płyt CD. Robi to ze średnią prędkością 236,48 kB/s. Porównując to do jazdy samochodem, Milano porusza się w sieci z prędkością ponad 200 km/godz.
Zdaniem Milano z sieci ciągną wszyscy. Od młodzieży po ludzi starszych. Taksówkarze, studenci, gimnazjaliści, menedżerowie. A także policjanci. Ci ostatni głównie filmy pornograficzne.
Kto jeszcze? - Pracownicy dużych korporacji, którzy mają dostęp do najszybszych łączy internetowych - dodaje Michał Sztacheta. - Wychodząc do domu, nastawiają komputer tak, by pliki ściągały się przez noc, gdy nikomu to nie przeszkadza.
Kolega Michała jest adminem (administratorem sieci) w dużym banku. Kolekcjonuje filmy. Ma ich na firmowych serwerach kilka tysięcy. Wszystko opisane, skatalogowane. Znajomi przychodzą do niego z twardymi dyskami i biorą po kilkadziesiąt sztuk. Kierownictwo banku o niczym nie wie. Jak skontrolują informatyka, którego praca to dla nich czarna magia?
- Nie znam działu IT w dużej firmie, w którym administratorzy nie pobieraliby z internetu filmów, muzyki i gier - twierdzi Michał. - U was w pracy też ciągną na potęgę. Założycie się?
Bartłomiej Witucki, rzecznik antypirackiej organizacji Business Software Alliance w Polsce (skupia producentów oprogramowania): - Z badań wynika, że co dziesiąty plik w sieciach p2p ma wirusy. Firmy, w których pracownicy korzystają z p2p, mogą mieć problemy z bezpieczeństwem informatycznym. Nie mówię już o niższej produktywności pracowników.
Najfajniej mieć za darmo
Dżej Dżej, wokalista i tekściarz zespołu Big Cyc: - Jest taka piosenka zespołu The Buggles "Video Killed The Radio Star". Dziś można by zaśpiewać "Internet Killed The Radio Star". Internet zabija muzyków.
Przychody branży muzycznej z płyt CD i DVD kurczą się. Koncerny twierdzą, że winę za to ponoszą pirackie kopie płyt oraz nagrania masowo rozpowszechniane w internecie. "Nielegalna wymiana plików stanowiła główną przyczynę spadku sprzedaży płyt kompaktowych na świecie o 22 proc. w ciągu ostatnich pięciu lat" - podaje polski Związek Producentów Audio Video. Firma badawcza Informa Media Group szacuje, że w 2004 r. straty światowego przemysłu muzycznego z tytułu wymiany plików wyniosły 2,1 mld dol.! Na p2p tracą też wytwórnie filmowe i producenci oprogramowania oraz legalne sklepy z muzyką cyfrową.
- Jasne, że najfajniej mieć wszystko za darmo. Jeśli ktoś może ściągnąć z sieci za darmo wszystkie filmy Miyazakiego, to po co miałby kupować je na DVD? - pytał w styczniu Jakub Duszyński, dyrektor artystyczny Gutek Film, w liście do internautów na portalu gazeta.pl.
Użytkownicy sieci p2p odpowiadają, że w tych wyliczankach finansowych dużo jest propagandy i demagogii. Wiele osób nie tylko ściąga z internetu, ale i kupuje CD, jeśli ściągnięta muzyka im się spodoba.
- Poza tym to właśnie użytkownicy p2p napędzają rozwój szerokopasmowego internetu - twierdzi Sztacheta.
Domaszewicz: naradzam się z prawnikami
Wojciech Machała, niegdyś dziennikarz muzyczny, dziś doktor nauk prawnych, pracuje w Instytucie Prawa Cywilnego Uniwersytetu Warszawskiego. Specjalista od prawa autorskiego. Prywatnie - kolekcjoner płyt muzycznych.
- Załóżmy, że mój brat kupił najnowszą płytę CD zespołu Kult. Czy to będzie legalne, jeśli mi ją pożyczy? - pytam Machałę.
- Legalne.
- Czy mogę ją sobie od niego legalnie skopiować?
- Jak najbardziej.
- A skonwertować do plików MP3 i słuchać na komputerze?
- Również.
- A jeśli to nie brat, lecz jeden z przyjaciół?
- Tak samo. Wolno kopiować płyty od osób z rodziny lub, jak to nazywa ustawa, od osób pozostających w stosunku towarzyskim. Może pan odtworzyć te utwory w domu, na prywatce, przesłać mailem żonie. To wszystko określa się mianem "dozwolonego użytku osobistego". Na takie korzystanie z utworów nie potrzeba żadnej zgody artysty. Mówi o tym art. 23 prawa autorskiego.
- A pobieranie plików muzycznych z internetu? Powiedzmy, że ściągnąłem kilka piosenek. Czy złamałem prawo? - pytam Machałę.
- Skądże! Na własny użytek wolno panu ściągać. Może pan też np. wypalić sobie z tego płytę CD. Proszę tylko pamiętać, że przepisów o dozwolonym użytku nie stosuje się do programów komputerowych. Ściąganie, a nawet posiadanie programów bez licencji jest przestępstwem.
Dla wielu internautów brzmi to jak wyrok uniewinniający. A skoro tak, to dlaczego na temat kopiowania płyt i ściągania plików pada tyle ostrych słów?
Machała: - Być może to polityka dezinformacyjna branży muzycznej. Zgodnie z polskim prawem ściągać wolno. Narusza pan prawo dopiero wtedy, gdy udostępnia pan utwory chronione prawem autorskim w internecie.
Problem w tym, że kiedy ściągam piosenkę, film czy program, to tylko dzięki temu, że ktoś, udostępniając je w sieci, popełnia przestępstwo, bo nielegalnie - bez zgody artysty - rozpowszechnia cudzy utwór.
Dlatego radca prawny Michał Błeszyński reprezentujący m.in. twórców skupionych w Związku Artystów i Kompozytorów Scen Polskich (ZAiKS) ma na temat ściągania zupełnie inne zdanie. Jak wynika z ustawy, dozwolony użytek "nie może godzić w słuszne interesy twórcy". - A korzystanie z p2p godzi w te interesy. To ma charakter masowy. Nie tylko twórcy nie dostają wynagrodzeń z tego tytułu, ale też ściąganie wydatnie ogranicza sprzedaż legalnie produkowanych egzemplarzy. Jest nielegalne.
Michał Sztacheta słucha tych dyskusji z politowaniem. Przypomina, że programy p2p są tak skonstruowane, iż w trakcie ściągania użytkownik musi jednocześnie udostępniać choć część zawartości swojego twardego dysku. Czyli, niezależnie od okoliczności, i tak popełnia przestępstwo. - Jestem piratem i wiem o tym. Nie można być w ciąży tylko w połowie.
Miączyński: jestem na Osloskopie
Komputerowe głośniczki wyją:
Yo Ho, Yo Ho! A pirate's life for me.
We extort, we pilfer, we filch and sack.
Drink up me 'earties, Yo Ho!
(Jo ho, jo ho, pirackie życie to mój żywioł.
Wymuszamy, rabujemy, podbieramy i łupimy,
Wypijmy razem, kamraci, jo ho!)
Ściągnąłem w cztery dni pierwszą piosenkę z internetu. Teraz ciągnę pierwszy film - "Piratów" Romana Polańskiego. Kiedy spocznie na twardym dysku, będę mógł ściągnąć napisy do niego ze strony www.napisy.org. Wokół p2p istnieje bowiem cała "obsługa serwisowa". Są fora, na których można się dowiedzieć, jak skonfigurować łącze internetowe tak, by ciągnąć jak najszybciej i najwięcej. Są strony z programami do łamania zabezpieczeń nowych gier komputerowych (w slangu programy te nazywa się "cukiereczkami"). Są też takie strony jak Osloskop.
Wbrew pozorom witryna jest całkiem legalna. Nie ma tu żadnych plików. Osloskop, który doprowadza do pasji przemysł muzyczny, filmowy i producentów oprogramowania, dostarcza... adresy plików.
O co chodzi? Każdy film, płyta czy program ma w sieciach p2p własny adres - tak jak samochód ma własną tablicę rejestracyjną. Tablica pliku wygląda mniej więcej tak: ed2k://|file|Pirates.Of.The.Caribbean.(2003).CD1.[ViTE].(osloskop.net).avi|734826496|7EFAA886FED90F9FEBD4C359997E59E8.
- Internauta może wejść na Osloskopa i skopiować taki adres - uśmiecha się Michał. - Następnie wkleja go do programu, którego używa do ściągania - w tym przypadku Muła. Ma wtedy sto procent pewności, że ściągnie to, co chce, i w dobrej jakości.
Nad Osloskopem hobbystycznie pracuje ok. 50 osób. Jak twierdzi Sakki, jeden z dwóch twórców strony, jest ona własnością całej ekipy zorganizowanej niczym średniej wielkości firma. Są współpracownicy, szeregowi pracownicy oraz elita Osloskopu - moderatorzy i administratorzy. Do elity należą decyzje "strategiczne", dotyczące przyszłości serwisu.
Strona jest darmowa i utrzymuje się z reklam. Kto się reklamuje? - Raczej: kogo my nie reklamowaliśmy? - uśmiecha się Sakki. - UPC, Era, Heyah, Sami Swoi. Raz były jakieś pralki.
Kilkanaście dni temu na Osloskopie pojawiły się reklamy telewizji HBO. Kodowana stacja promowała swój najnowszy hit - serial "Rzym". Najwyraźniej nie przeszkadzało jej to, że namiary na pierwszy odcinek "Rzymu" były dostępne na Osloskopie już 22 listopada zeszłego roku.
Osloskop nie ma działu reklamy. Z reklamodawcami kontaktuje się za pomocą pośrednika. Reszta to tajemnica firmy.
Od oglądania filmów na 15-calowym monitorze zesztywniała mi szyja i pieką oczy. Od fatalnego tłumaczenia bolą mnie zęby. Skończyło mi się miejsce na dysku. Zamiast "Gwiezdnych wojen" ściągnął mi się szwedzki film pornograficzny. Czas to przerwać.
Nie czekając, aż prawnicy uzgodnią, czy łamałem prawo, kolega z redakcji dzwoni na policję, aby mnie wsypać.
Domaszewicz: czy zajmiecie się Miączyńskim?
- Mój kolega ściąga, a może nawet udostępnia w internecie filmy i pliki z muzyką. Czy zajmiecie się czymś takim? - pytam komisarza Zbigniewa Urbańskiego. Do końca zeszłego roku Urbański rozpracowywał przestępczość internetową w Centralnym Biurze Śledczym. Od stycznia pracuje w biurze prasowym policji.
- Na pewno takie zgłoszenie nie trafi do kosza - odpowiada komisarz. - Będziemy weryfikować tę informację. Jakimi metodami? Tego nie ujawnię.
- Naprawdę będziecie wszczynać skomplikowane śledztwo w sprawie człowieka, który ma na komputerze kilka pirackich piosenek?
- No cóż, w praktyce dużo zależy od tego, do jakiej jednostki trafi doniesienie, od kompetencji jej policjantów - przyznaje Urbański.
Przestępstwami internetowymi zajmują się kilkuosobowe zespoły w wydziałach ds. przestępczości gospodarczej w komendach wojewódzkich. W dochodzeniach policja potrzebuje pomocy tzw. providerów - firm, które dostarczają internet do domów i firm. Niektórzy providerzy sami alarmują policję, gdy zauważą, że w ich sieci dzieje się coś podejrzanego. Częściej to policja prosi ich o pomoc w ustaleniu, gdzie mieszka namierzony w sieci internauta.
- I co, podają?
- Niektórzy tak. Inni zachowują się dziwnie, próbują zasłaniać się ochroną danych osobowych - przyznaje Urbański. - Zdarza się, że na taką informację przychodzi nam czekać pół roku, a przy przestępstwach internetowych to cała epoka. Na szczęście nie dzieje się to zbyt często.
Gdy policja już wie, kto jest piratem, puka do jego drzwi. Miesiąc temu przyszła do Grzegorza Kowala, mieszkańca zamkniętego osiedla na warszawskim Ursynowie. Była godz. 6.45 nad ranem, jeszcze ciemno. - Ledwo patrzyłem na oczy - opowiada Kowal. - Technik przeszukiwał mój komputer i płyty CD, w tym czasie jego koleżanka mnie przesłuchiwała. Straszna służbistka. Chodziło o jakiś film, który rzekomo rozpowszechniałem nielegalnie w 2002 r. Nawet nie pamiętałem, czy w ogóle wtedy miałem go na komputerze, ale ktoś złożył na policję takie zawiadomienie wraz z moim adresem internetowym.
Na przeszukanie i zarekwirowanie komputera powinna mieć postanowienie prokuratury. Ale kodeks pozwala na rewizję bez zezwolenia "w sprawach nie cierpiących zwłoki". Urbański: - Przy śledztwach związanych z internetem często z tego korzystamy.
Poszukiwanie filmu u Kowala skończyło się niczym. Od 2002 r. dwukrotnie zmienił komputer. W dodatku nie używa na nim najpopularniejszego systemu Windows, tylko Linuksa, z którym policjant podobno radził sobie średnio - w ogóle nie znalazł na dysku kilkuset ściągniętych z sieci piosenek. Znalazł natomiast parę zakurzonych płyt CD z pirackimi programami sprzed lat. - To były starocie, pokazałem, że teraz używam legalnych. Na szczęście nie byli złośliwi i machnęli na to ręką - mówi Kowal.
Co grozi za piractwo? Po pierwsze - odpowiedzialność cywilna. Poszkodowany może zażądać od internauty "wydania korzyści", jakie ten uzyskał, nielegalnie rozpowszechniając utwory (ale wymiana p2p jest bezpłatna, zwykle więc internauta nie ma żadnych korzyści do wydania). Piratowi grozi też zapłacenie dwu-trzykrotności normalnego wynagrodzenia za dany utwór. Legalny plik z piosenką kosztuje w Polsce w internecie ok. 4 zł, a zatem odszkodowanie sięga 12 zł.
Po drugie - piratowi grozi odpowiedzialność karna. Grzywna oraz ograniczenie lub pozbawienie wolności. Standardowo - do dwóch lat. Jeśli pirat działał dla korzyści majątkowych - np. handlował muzyką piracką - nawet do pięciu lat więzienia.
Z rozmów z przedstawicielami organów ścigania wynika jednak, że w praktyce działania policji przeciwko komuś, kto tylko okazjonalnie ściąga lub upowszechnia pliki w sieci to rzadkość. W dodatku nielegalne rozpowszechnianie utworów jest przestępstwem ściganym tylko na wniosek pokrzywdzonego (może nim być organizacja reprezentująca artystów). Owszem, zdarzały się głośne sprawy, ale dotyczyły piratów, którzy z łamania praw autorskich uczynili dobrze prosperujący biznes, lub pojawiały się jako "produkt uboczny" innych śledztw - np. przeciw hakerom czy internetowym oszustom.
Wszyscy boją się RIAA
Choć 11 kwietnia 2004 r. przypadały akurat święta Wielkiej Nocy, Patricia "Mamma" Santangelo miała powód sądzić, że tego dnia do jej drzwi zapukał diabeł.
W drzwiach domu w Wappingers Falls, 80 mil na północ od Nowego Jorku, pojawili się prawnicy i specjaliści od komputerów pracujący dla RIAA (Amerykańskie Stowarzyszenie Przemysłu Nagraniowego). Oskarżyli 40-letnią rozwódkę, samotną matkę pięciorga dzieci, z zawodu pośredniczkę nieruchomości, o nielegalne pobieranie muzyki z internetu.
Pani Santangelo miała ściągnąć m.in. piosenkę "Nowhere Fast" metalowego zespołu Incubus oraz "Whatever" rockowej kapeli Godsmack. Koncerny nagraniowe zażądały od niej 7,5 tys. dol. odszkodowania. "Mamma" wybrała walkę w sądzie. Twierdzi, że nigdy nic nie ściągała, nie zna się na internecie. Pewnie robili to koledzy jej dzieci.
RIAA to największy wróg p2p. W zeszłym roku organizacja pozwała prawie 20 tys. osób. Trzy razy więcej niż rok wcześniej. Stowarzyszenie działa też w Polsce. Przesyła do dostawców internetu maile, w których informuje, że użytkownik komputera IP numer... ściągnął... (tu lista plików), łamiąc prawa autorskie. Niektórzy providerzy zrywają wtedy umowy ze swoimi klientami. Inni żądają, by użytkownik przestał ściągać.
Ściągani nienawidzą RIAA. "A wysrać się jeszcze można? Czy też trzeba mieć licencję?!" - wścieka się internauta na forum serwisu Internetstandard.pl, komentując artykuł o kolejnej ofensywie antypirackiej organizacji.
- Oni działają nielegalnie - oburzają się Lester i Sakki. Ich zdaniem RIAA włamuje się do prywatnych sieci komputerowych. Podstawia fałszywe pliki - takie, które się ściąga i ściąga, ale ściągnąć ich nie można. Także pliki z wirusami. Umieszcza w sieci serwery, które śledzą ściągaczy, aby zarejestrować ich numery IP.
Zarzut nielegalnej inwigilacji, a później szantażowania internautów, postawiła ostatnio RIAA Tanya Andersen, 41-letnia mieszkanka stanu Oregon. Jej zdaniem stowarzyszenie musiało pogwałcić jej prawo do prywatności, by zdobyć informację, że którejś nocy o 4.24 Tanya rzekomo zalogowała się do sieci p2p i pobierała stamtąd... gangsta rap.
Czy można sobie wyobrazić, by RIAA wszczynała procesy w Polsce?
- Teoretycznie tak - odpowiada prawnik Wojciech Machała. - Ale miałaby z tym mnóstwo problemów prawnych. Nie wiadomo, jakie prawo wtedy stosować - polskie czy amerykańskie? Wydaje się, że prawnicy takich organizacji nie mają ochoty na żmudne procesy z dużym ryzykiem precedensowej porażki. Na razie RIAA strzela tylko tam, gdzie ma dużą szansę trafienia.
- RIAA? Nie sądzę - mówi komisarz Urbański. - U nas wydawcy walczą z piratami rękami polskich organizacji chroniących prawa autorskie. Stroną w takich sprawach są takie instytucje jak ZPAV czy Fota.
Muzyka - towar jak każdy inny
- Piraci. Tak górnolotnie niektórzy określają nas i nasz serwis - oburzają się Lester i Sakki. - A według nas złodziejami są osoby, które ściągają coś z sieci i idą z tym na stadion handlować. Albo właściciel firmy ciągnący z sieci Windowsa, Autocada i Photoshopa, które służą mu potem do zarabiania pieniędzy. Nie my.
W styczniu w Szwecji powstała organizacja, która domaga się, by skończyć z wyzywaniem od złodziei osób, których jedynym grzechem jest pobieranie piosenek z internetu. Ugrupowanie, nazwane przewrotnie Partią Piratów, chce takiej zmiany przepisów, by prawa artystów nie miały prymatu nad prawami odbiorców. Założyciele błyskawicznie zebrali tysiące podpisów i zarejestrowali się jako partia polityczna.
Protestują też organizacje konsumenckie. W listopadzie zeszłego roku Europejska Unia Konsumencka (BEUC) opublikowała manifest „Klienci to nie piraci”. Napisała w nim: „Propagandowe hasła lansowane przez przemysł muzyczny i filmowy w rodzaju »Korzystanie z sieci p2p jest jak kradzież płyty w sklepie « to obraźliwa dla konsumentów kampania dezinformacyjna”.
Spór o ochronę praw autorskich wywołuje gorące dyskusje na całym świecie. - Zastanawiam się, jak cicho trzeba będzie śpiewać dziecku kołysankę, by już wkrótce nie być zmuszonym do płacenia komuś tantiem - irytuje się prawnik Piotr Waglowski, twórca internetowego serwisu na temat prawa w cyberprzestrzeni.
- Jako dystrybutor muzyki wiem, że jest ona zwykłym towarem - polemizuje Tomasz Szladowski prowadzący pierwszy w Polsce legalny sklep internetowy z muzyką iPlay. - Wyobraźmy sobie, że wszyscy ściągamy ją z internetu. Nikt jej nie kupuje, artyści nie mają z czego żyć, nie nagrywają więc nowych płyt. Muzyka przestaje powstawać.
Dżej Dżej z zespołu Big Cyc: - Jeśli dostajemy pieniądze za sprzedaż muzyki, stać nas na lepsze studio nagraniowe czy nakręcenie dobrego teledysku. Poza tym dla nas, artystów, fakt, że ktoś kupuje naszą płytę, jest jakąś formą szacunku dla tego, co robimy.
Przemysł muzyczny mniej chętnie nagłaśnia fakt, że w cenie każdego magnetofonu, magnetowidu, wszelkich urządzeń służących do kopiowania oraz czystych kaset i płyt CD ukryta jest 3-procentowa opłata na rzecz organizacji reprezentujących artystów i firmy wydawnicze. Rzecz jasna, producenci przerzucają "haracz" na klienta. Innymi słowy, płacisz artystom nawet wtedy, gdy kupujesz kamerę i kasetę wideo tylko po to, by nagrywać imprezy rodzinne.
Siódme: nie kradnij
Chociaż siódme przykazanie nie rozróżnia między okradaniem swoich i obcych, zdarza się, że ściągający tworzą własne systemy wartości. Rozgrzeszają się tym, że oryginalne płyty kosztują zbyt drogo, bo pazerne koncerny muszą się utuczyć. Niektórzy oszczędzają przy tym ulubionych artystów, zwłaszcza polskich.
Ulubiona muzyka Marcina Sawicza (33 lata, menedżer koncernu kosmetycznego, ściąga płyty od ponad roku) to reggae, folk i punk: - Najłatwiej przychodzi mi ściąganie oprogramowania i kiczowatej muzyki tanecznej w rodzaju Madonny. Trudniej - dobrej muzyki zagranicznej typu Tricky czy Bjork. Najtrudniej - wartościowej muzyki polskiej. Tu mam poważne opory.
- Kupujesz płyty oryginalne?
- Około 20 rocznie. Zresztą wolę kupić Dezertera za trzy dychy w empiku niż ślęczeć nad internetem, nie wiedząc do końca, co się ściągnie. Poza tym w sieci jest wiele muzyki legalnej, udostępnianej za darmo przez samych muzyków i przez alternatywne wytwórnie internetowe, tzw. net-labele.
Jak dziwić się internautom, skoro czasem ściągają... sami artyści? Dżej Dżej z Big Cyca przyznaje się do tego z pewnym wstydem. - Ale ściągam tylko muzykę, na sprowadzenie której z USA trzeba czekać kilka tygodni.
Jak cywilizuje się Dziki Zachód
Żeby nikt nie podejrzewał "Gazety" o promowanie piractwa, na wszelki wypadek usuwamy Osiołka z twardego dysku.
Milano szuka właśnie nowego operatora. Dostawca internetu wymówił mu umowę. Pracownik firmy stwierdził, że powinien się cieszyć, że nie zawiadomili policji.
Sakki i Lester z Osloskopu, wykorzystując przerwę w studiach inżynierskich, nadal pracują nad swoim serwisem.
Młody prawnik Michał Sztacheta ściąga dalej. Dopóki może. - Dziś muzyka w internecie to Dziki Zachód - mówi. - Ale lada rok wszystko to się skończy.
Alternatywą dla piractwa stają się legalne serwisy oferujące płatną muzykę z błogosławieństwem wielkich koncernów. Ich obroty szybko rosną - według Międzynarodowej Federacji Przemysłu Fonograficznego w zeszłym roku internauci wydali aż 1,1 mld dol. na legalne pliki muzyczne. Uczciwych klientów wciąż przybywa. Sprzedaż cyfrowych piosenek, jeszcze dwa lata temu niemal niezauważalna, dziś stanowi 6 proc. światowego rynku muzycznego.
Na całym świecie, także w Polsce, trwa dyskusja na nowym modelem rozliczeń między artystami, firmami wydawniczymi oraz słuchaczami i widzami. Niedawno znany tekściarz Jacek Skubikowski w imieniu Stowarzyszenia Artystów Wykonawców SAWP zaproponował stałą "opłatę kompensacyjną" dla twórców, wnoszoną dobrowolnie przez internautów, którzy w zamian mogliby do woli wymieniać się plikami w sieci.
We Francji, gdzie po raz pierwszy pojawił się pomysł takiej regulacji i zalegalizowania p2p, mówi się o kwocie 4-12 euro miesięcznie, i to wyłącznie w przypadku ściągania plików muzycznych. W marcu toczyła się w tym kraju debata parlamentarno-rządowa poświęcona tej sprawie ale pomysł upadł. U nas zdaniem Skubikowskiego opłata powinna być niższa - w granicach 4-5 zł.
Gdy Marcin Sawicz włącza komputer, jego siedmioletni syn zagaduje go czasem: - O, tata, ściągasz piosenki.
- I co mu wtedy mówisz? - pytamy.
- Na razie ściąga mi się nieźle, więc oszukuję go, mówiąc, że ściągam tylko rzeczy w pełni legalne. I wskazuję mu tych muzyków, którzy sami promują się w internecie, udostępniając słuchaczom swoją muzykę. Sami, czyli bez drogich pośredników. To jest legalna alternatywa dla wielkiego show-biznesu.
Nazwiska niektórych bohaterów zostały zmienione