http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ile wolno w walce z terrorem?

Dawid Warszawski
2006-01-27, ostatnia aktualizacja 2006-01-27 00:00

Policjant zagroził torturami bandycie, który nie chciał powiedzieć, gdzie ukrył porwane dziecko. Z moralnego punktu widzenia czyn policjanta zasługuje na uznanie. Z prawnego - jest niedopuszczalny i winien zostać ukarany

Izraelskie organa bezpieczeństwa stosują często wobec osób podejrzanych o terroryzm różne środki przymusu bezpośredniego, np. pozbawianie snu, przetrzymywanie w niewygodnych pozycjach czy w celach bardzo zimnych lub bardzo gorących. Na zdjęciu wystawa rysunków więźniów palestyńskich, luty 2005 r., Strefa Gazy. Tak, według nich, traktowali ich izraelscy śledczy
Fot. Abid Katib / Getty Images
Izraelskie organa bezpieczeństwa stosują często wobec osób podejrzanych o...


Ci, którzy twierdzą, że bywają sytuacje, w których w walce ze szczególnie groźnymi przestępcami - np. terrorystami - można uciec się do środków pozaprawnych, z reguły powołują się na dwa rodzaje sytuacji: kiedy od zatrzymanych przestępców nie można w inny sposób uzyskać informacji niezbędnych dla ratowania bezpośrednio zagrożonego życia ludzkiego i kiedy środki prawne nie gwarantują właściwej represji karnej za popełnione przez przestępców czyny.

W pierwszym przypadku chodzi o tzw. tykające bomby, które wybuchną - nierzadko dosłownie - jeśli przestępcy nie zostaną powstrzymani. W drugim zaś - o sytuacje, w których przestępcy znajdują schronienie na terytorium państwa, w którym mogą czuć się bezkarni - bo władze nie zamierzają ich ścigać albo też grozi im kara drastycznie niewspółmierna do winy. Przyjrzyjmy się obu sytuacjom.

W stanie wyższej konieczności

Jakob von Metzler miał 11 lat, gdy w październiku 2002 r. został porwany ze swego domu pod Frankfurtem. Porywacz - Magnus Gaefgen - chciał wymusić duży okup od ojca chłopca, bogatego bankowca. Policja jednak zadziałała sprawnie i Gaefgen znalazł się za kratkami. Podczas przesłuchania nie chciał zdradzić miejsca, w którym zamknął porwane dziecko.

Prowadzący przesłuchanie Wolfgang Daschner, zastępca szefa policji we Frankfurcie, był przekonany, że jeśli chłopiec nie zostanie szybko uwolniony, może umrzeć. Gdy więc Gaefgen uporczywie trwał w milczeniu, Daschner zagroził mu torturami - stwierdził, że "są sposoby", by przesłuchiwanemu zadać wiele bólu, a przy tym nie zostawić śladów na ciele. Zaczął nawet rozglądać się za policjantem, który "zajmie się" Gaefgenem. Pod wpływem tych gróźb zatrzymany załamał się - choć nikt go nie tknął - i przyznał, że Jakob nie żyje. Gaefgen zamordował go zaraz po porwaniu, bo dziecko tylko mu zawadzało, a jego ciało wrzucił do jeziora. Teraz milczał, bo nie chciał się przyznać do morderstwa.

Gaefgen stanął przed sądem. Stanął nawet dwa razy - raz jako oskarżony w procesie o porwanie i zamordowanie Jakoba, drugi raz jako świadek oskarżenia w procesie przeciwko Daschnerowi oskarżonemu o użycie groźby karalnej. Przeciw byłemu zastępcy szefa frankfurckiej policji zeznawali także jego podwładni, którzy słyszeli, jak groził Gaefgenowi.

W 2004 r. Daschner został w końcu skazany na ponad 10 tys. euro grzywny. Odwołał się od wyroku i sprawa wciąż się wlecze przez rozmaite instancje.

W sprawie Daschnera wszystko było jasne - był winny, ale nikt nie chciał go skazać. Sympatia opinii publicznej, a nawet prokuratury - choć nie mediów - była po jego stronie. Grzywna była najniższą karą, jaką sąd mógł zasądzić.

Sam były zastępca szefa policji bynajmniej nie negował faktów. Twierdził jednak, że działał w stanie wyższej konieczności i dlatego nie powinien zostać ukarany. Tymczasem ani prawo niemieckie, ani międzynarodowa konwencja o zakazie tortur nie dopuszczają stosowania tortur czy choćby grożenia nimi w stanie wyższej konieczności. Stan wyższej konieczności oznacza, że w pewnych sytuacjach - np. w obronie przed napaścią - wolno posłużyć się przemocą wobec przestępcy. Ale żadna - żadna! - wyższa konieczność nie usprawiedliwia tortur czy groźby ich zastosowania.

Taki stan prawny obowiązuje we wszystkich państwach demokratycznych, także w Niemczech. Obowiązuje też w Izraelu, gdzie jednak - jak wynika z raportów izraelskich i międzynarodowych organizacji praw człowieka - tortury bywają stosowane w sposób niemal rutynowy, gdy chodzi o milczące "tykające bomby". Izraelskie organa bezpieczeństwa stosują takie środki przymusu bezpośredniego jak pozbawianie snu, przetrzymywanie w niewygodnych pozycjach, w celach bardzo zimnych lub bardzo gorących, poddawanie zatrzymanych działaniu ostrego światła czy głośnych dźwięków, a także zwykłe bicie.

Przez jakiś czas izraelskie regulaminy policyjne wręcz dopuszczały takie metody. Jednak w latach 90. sprawą zajęła się specjalna komisja Sądu Najwyższego pod przewodnictwem sędziego Landaua. Po kilku latach deliberacji komisja doszła do wniosku, że nie sposób oddzielić "dopuszczalnych środków nacisku fizycznego" od zwykłych tortur, i zabroniła stosowania tych pierwszych z obawy przed pośrednią legalizacją tych drugich. Mimo to, jak się wydaje, izraelskie siły bezpieczeństwa torturują nadal - choć czynią to dużo rzadziej niż w przeszłości.

Do uznania policjanta

Przyczyna absolutnego zakazu tortur jest oczywista: nie sposób uniknąć precedensu o niewyobrażalnie groźnych konsekwencjach. Wszystkie państwa demokratyczne były w przeszłości niedemokratycznymi reżimami, w których tortury stosowano rutynowo. Wszyscy demokratyczni prawodawcy uznali, że funkcjonariuszom państwa nie można przyznać prawa do wykonania choćby jednego kroku z powrotem na tej drodze. O tym, jak słuszne było to przeświadczenie, mogliśmy się przekonać niedawno w Abu Ghraib.

Czy więc inspektor Daschner powinien był w obliczu milczenia Gaefnera bezradnie rozłożyć ręce i liczyć na cud, który uratuje porwane dziecko? Policjant nie wiedział przecież, że Jakob już nie żyje, wiedział natomiast, że zapewne umrze, jeśli policja nie odkryje jego kryjówki. Ci, którzy krytykowali decyzję Daschnera o posłużeniu się groźbą tortur, zwracali uwagę, że nie skorzystał z pomocy siostry porywacza, która gotowa była podjąć próbę przekonania brata, by zaczął mówić. Ale, prawdę powiedziawszy, odmawiając posłużenia się piętnastoletnią dziewczyną, inspektor postąpił chyba właściwie. Czy więc - powtórzmy - powinien był rozłożyć ręce?

W świetle prawa - tak. Gdyby jednak to mój syn został porwany, chciałbym, żeby Daschner postąpił tak, jak postąpił - choć nie miałbym prawa tego od niego oczekiwać czy żądać.

Ale, złamawszy prawo, inspektor powinien następnie sam siebie zadenuncjować i poddać się karze. Tymczasem Daschnera oskarżyli podwładni oraz zatrzymany, on zaś walczy o to, by nie zostać ukaranym. Czyniąc tak, potwierdza zasadność absolutnego zakazu tortur. Człowiek, który sam sobie przyznaje prawo, by zakaz ten złamać (czy choćby zagrozić jego złamaniem), nie może strzec prawa. Człowiek, który uważa, że nie powinien zostać za to ukarany, nie zasługuje na społeczne zaufanie - niezbędne, by być policjantem.

W niczym nie zmienia to faktu, że Daschner zasługuje na dozgonną wdzięczność krewnych ofiary i ludzi przyzwoitych. Właśnie dlatego, że sytuacje skrajne bywają moralnie niejednoznaczne, prawo musi być w nich bezwzględnie przestrzegane. W przeciwnym wypadku grozi nam, że policjanci sami będą uznawać, kiedy tortury, czy tylko ich groźba, są usprawiedliwione. A przecież systemy oparte na torturach nie możliwe byłyby bez tej właśnie policyjnej uznaniowości.

Przeznaczeni na odstrzał

Nieco inaczej przedstawia się rzecz, gdy sprawcom udaje się uniknąć kary, bo władze, pod których kontrolą się znaleźli, nie chcą ich karać lub nie czynią tego w sposób wystarczający. Sprawcy zamachów terrorystycznych w Izraelu chronią się pod opiekę władz Autonomii Palestyńskiej, które ani myślą ich aresztować, o skazaniu nie wspominając. W tej sytuacji władzom izraelskim nie pozostaje nic innego niż albo zrezygnować z karania zbrodniarzy, albo czynić to wbrew prawu.

To pierwsze, rzecz jasna, nie wchodzi w grę - władze mają obowiązek chronić swych obywateli. Skoro jednak Palestyńczycy nie chcą aresztować przestępców, czynić to winni Izraelczycy. I czynią, ale podczas prób aresztowania nierzadko dochodzi do wymiany ognia, w której giną ludzie po obu stronach - często przypadkowi. Dlatego też Izraelczycy coraz częściej stosują "zabójstwa pozaprawne" - czyli po prostu zabijają sprawców zamachów. Budzi to jednak liczne problemy moralne i prawne. Nie tylko dlatego, że w Izraelu nie ma kary śmierci.

Po pierwsze, nie zawsze można mieć pewność, że osoba przeznaczona "na odstrzał" rzeczywiście uczestniczyła w zamachu, i to w stopniu, który uzasadniałby krok tak radykalny. Ludzi oskarżonych o popełnienie przestępstw stawia się przed sądem. Tu zaś chodzi o pozbawienie życia bez wyroku sądu. Jakaś tajemnicza komisja wywiadu ustala, że taki to a taki osobnik zasłużył na śmierć, a rząd tę decyzję zatwierdza.

Ale nawet przyznanie sądom ostatniego słowa w tej materii niewiele by pomogło: sąd nie może sądzić in absentia ani też - w Izraelu - skazywać na śmierć. Co więcej, lista czynów, za które można zostać zabitym, stale się rozszerza - od bezpośredniego udziału w zamachu po udział w jego przygotowaniu. Nie można mieć pewności, że wśród zabijanych nie ma osób winnych po prostu szeroko rozumianej „działalności antypaństwowej” - być może karalnej (ale nie śmiercią!), albo nawet i nie.

Po drugie, coraz częściej ofiarami tych pozaprawnych egzekucji padają także ludzie przypadkowi. Szczególnie głośnym tego przykładem było zabójstwo Saleha Shehadeha, szefa Hamasu, na którego dom w Gazie izraelski samolot zrzucił w lipcu 2002 r. jednotonową bombę. Bomba zabiła terrorystę (jego odpowiedzialności za zamachy na cywilów w Izraelu nikt nie neguje) i 14 innych osób. Władze izraelskie tłumaczyły później, że winna była zła informacja wywiadowcza, według której Shehadeh miał być w owym momencie w domu sam. Wyjaśnienie to nie przekonuje, gdy pomyśleć, jakie są nieuchronne skutki zrzucenia jednotonowej bomby na obszar zabudowany. Władze izraelskie potraktowały życie Palestyńczyków otaczających Shehadeha niemal tak samo, jak on traktował życie izraelskich cywilów. Niemal - bo on chciał mordować, a Izraelczykom najwyraźniej było wszystko jedno, czy poza terrorystą zginie ktoś jeszcze. Z prawnego punktu widzenia różnica ta nie jest bez znaczenia, lecz z moralnego - jest niewielka.

Oba zastrzeżenia wobec pozaprawnych zabójstw (pomijając już kwestię naruszania palestyńskiej suwerenności, nieistotną w obliczu odmowy ścigania terrorystów przez władze Autonomii) znikłyby, gdyby toczyła się wojna. Prawo wojny zezwala bowiem zabijać wrogów i dopuszcza "straty towarzyszące". Ale Izrael nie prowadzi wojny przeciw Autonomii Palestyńskiej, a represje wobec terrorystów prezentuje jako działania policyjne, nie wojskowe. Stąd biorą się zastrzeżenia opisane powyżej - choć niewątpliwie decyzja o zaprzestaniu pozaprawnych zabójstw, a tym samym zaakceptowaniu bezkarności morderców budzić by musiała zastrzeżenia nieporównanie większe.

Co by się jednak stało, gdyby Palestyńczycy zaczęli aresztować terrorystów i skazywać ich na kary dużo łagodniejsze, niżby tego chcieli Izraelczycy? Moralne oburzenie Izraela byłoby ze wszech miar uprawnione, lecz branie sprawiedliwości w swoje ręce już nie. Ten sam wniosek odnosi się też do krajów, które terrorystów karałyby niechętnie lub zbyt łagodnie. Bezprawie może być narzędziem walki z drugim bezprawiem, ale nie z bardzo nawet niedoskonałą sprawiedliwością. Bezprawie bowiem nieuchronnie korumpuje i degraduje wszystkich, którzy się nim posługują, choćby i w całkowicie słusznej sprawie.

Dlatego też odpowiedź na tytułowe pytanie: ile wolno w walce z terrorem? - brzmi: jak najmniej.

  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Izrael zburzył wioskę, zasypał ''polską'' studnię

Beduińska wioska zrównana z ziemią. Zniszczona co najmniej jedna cysterna na wodę, którą odbudowała PAH

Nonszalancja Marii Czubaszek

Katarzyna Kolenda-Zaleska o wyznaniu Marii Czubaszek: Uwiera mnie łatwość, z jaką opowiada się o najintymniejszych sprawach

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W środę z ''Gazetą'':