W sobotę W PAPIEROWYM WYDANIU ''Gazety Świątecznej'':
Chcę wierzyć, że rośnie pokolenie, które wyrzuci na śmietnik ludzi w moim wieku, razem z ideami i sposobem na życie - wyznaje słynny hiszpański pisarz i buntownik roku 1968 Eduardo Mendoza;
Najważniejsze pytanie do Tuska wcale nie brzmi: czy pokona PiS - na tydzień przed wyborami zadaje je Mirosław Czech;
Samiec alfa Wszechrusi - najlepszym prezydentem Rosji rządzonej przez "psy" będzie Putin - przekonuje Lilja Szewcowa;
Pokonaj Oprah Winfrey - najbogatsza kobieta świata, królowa talk-show musiała ustąpić pewnej Chince - Królowej Śmieci - jak zostać jednym z miliona chińskich milionerów opowiada Maria Kruczkowska; Myliłam się - chowana w babskim domu, wśród silnych kobiet, myślałam, że feminizm jest niepotrzebny - mówi Olga Krzyżanowska;
Jak żyć? Ukradziona odpowiedź - Mariusz Szczygieł i reporterzy "Gazety" poszukują jej w innych miejscach niż Jarosław Kaczyński
Günter Wallraf: - Wiedziałem, że będę kłamał, manipulował, zmyślał, zatajał ważne informacje. Że będę gwałcił ludzi duchowo. W ''Bildzie'' pracowałem jak robot. (...)
Maska, którą nałożyłem tamtego dnia, niszczyła również mnie. Ale czułem, że tylko dzięki niej będę mógł pokazać, jak tabloid redukuje czytelników do mięsa, które służy temu, żeby zwiększyć nakład. Jak pierze im mózgi.
Angelika Kuźniak: I jak potrafi doprowadzić do samobójstwa? - Też. Ofiary manipulacji "Bilda" zgłaszają się do dziś do fundacji, którą założyłem. Opłacamy im adwokatów. Ponad sto osób dostało odszkodowania od koncernu Springera.
Kiedyś dziennikarz "Bildu" dowiedział się od informatora z policji, że znaleziono zwłoki kobiety. Zanim się powiesiła, zraniła się młotkiem. Znaleziono go przy zwłokach. To wydało mu się podejrzane. Pojechał do jej domu. Zrozpaczonemu mężowi przedstawił się jako pracownik instytutu badającego przypadki samobójstw, po to by w porę pomóc innym, którzy chcą targnąć się na swoje życie.
Rozmawiali godzinę. W "Bildzie" napisano potem, że kobieta zatłukła się sama młotkiem ze strachu przed porządkami wiosennymi. Brzmi absurdalnie, ale dla "Bildu" nie miało to znaczenia.
A jaka była prawda? - Ta kobieta od dawna leczyła się psychiatrycznie, wielokrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Jej mąż przeczytał ten wymyślony tekst i zabił się. Zostawił list, w którym oskarżał "Bild" o mord. Mord na sobie. Napisał też: "Ci, co mają trochę przyzwoitości i poczucia honoru, nie powinni kupować tej kłamliwej gazety".
Ale czytelnicy "wierzą raczej we własne złudzenia niż w to, że "Bild" kłamie - albo wiedzą, czują, domyślają się, że "Bild" kłamie, mimo to nie mogą się od "Bildu" uwolnić. Są od niego uzależnieni". Tak pan potem napisał w książce. - I to prawda. Ale nałóg dopadał również tych, którzy w tej gazecie pracowali. Większość ludzi nie miała w "Bildzie" stałej umowy. Drukują cię - zarabiasz, nie drukują - wylatujesz. Po miesiącu z przerażeniem stwierdziłem, że selekcjonuję spotykanych ludzi na tych, których historia nadaje się do "Bildu", i tych, którzy z punktu widzenia tabloidu są nieciekawi. Bo najważniejsze stało się to, żeby "dostarczyć historyjkę". I zdjęcie, bo historyjka bez zdjęcia nie istnieje.
Zawsze się udawało? - Kilka razy wróciłem bez. Na przykład wtedy, kiedy kazali mi przynieść zdjęcia
dzieci molestowanych seksualnie. Albo kiedy wysłali mnie do rodziców chłopca, którego zabił piorun. Stałem w korytarzu ich domu, przed ojcem, składałem mu kondolencje, ale w głowie miałem dwie rzeczy: zdjęcie, musisz mieć zdjęcie. I słowa naczelnego, że jeśli nie będzie chciał dać, mam go nastraszyć, że weźmiemy fotografię z kostnicy.
Ojciec się nie zgodził, wyszedłem. W redakcji powiedziałem, że się nie udało. Byli wściekli.
Po sześciu tygodniach o redakcji "Bildu" mówiłem już "my", zauważyłem też, że z dumą podnoszę głowę, kiedy naczelny mnie chwali.
Po czterech miesiącach: "Zaczynam czuć w stosunku do siebie obcość". - Myślę, że gdybym został tam dłużej, zmieniłbym się na stałe.
Ale zadzwonił telefon. - Byłem wtedy na zwolnieniu. Brałem je czasem, żeby zachować równowagę. Usłyszałem głos znajomego: Zwiewaj! Wpadłeś!
Powiedział, że w siedzibie Springera mają notatkę, którą chce wydrukować jakiś magazyn, a w niej czarno na białym stoi, że Wallraff pracuje w "Bildzie" jako Hans Esser.