Przeczytałam właśnie, że polscy uczniowie nie radzą sobie z internetem. To z raportu "Students On Line" przygotowanego przez OECD (cytuje go dzisiaj "Rzeczpospolita"). Z raportu wynika, że co czwarty polski 15-latek ma problem z wyszukiwaniem informacji w sieci: lepiej im idzie, kiedy analizują tekst wydrukowany.
Tylko 3 proc. uczniów można uznać za biegłych w korzystaniu z nowoczesnych technologii. Dla zdobywania wiedzy, nie do komunikacji czy do gier - oczywiście.
Raport powstał w oparciu o badania PISA (Międzynarodowa Ocena Umiejętności Uczniów) - najlepsi okazali się uczniowie z Korei Południowej, Nowej Zelandii i Australii. Polska w rankingu 19 państw zajęła czwarte miejsce od końca.
Te wyniki zaburzyły niewątpliwie nasze dobre samopoczucie, które budowaliśmy na coraz lepszych wynikach badań... PISA właśnie. Tylko, że te wyniki dotyczyły testów "analogowych", czyli sprawdzających tradycyjne umiejętności uczniów, oparte na tradycyjnym systemie nauczania: podręcznik, tablica, wykład, sprawdzian.
A ponad 90 proc. uczniów ma w domu komputer, większość z dostępem do internetu. Kilka dni temu cytowałam w "Gazecie" badania CBOS o wykorzystywaniu komórek przez polskich nastolatków: gadają i SMS-sują ciągle - na lekcji, w kinie, w kościele i podczas domowych obiadów. Komórek używają też oczywiście do surfowania po internecie, ale raczej nie do szkolnych celów. A teraz mamy czarno na białym: nastolatki, chociaż nowoczesnej technologii z ręki nie wypuszczają - nie potrafią z niej dobrze korzystać. Wiedzą, jak znaleźć na YouTube film o "Forfiterze" ale nie wiedzą, co wpisać do wyszukiwarki, żeby uzyskać trafny wynik.
Czy jesteście zdziwieni? Ja w ogóle. Przecież w szkole uczy się obsługi Worda, prezentacji Power Point i z czego zbudowana jest klawiatura. Komputery są dostępne głównie w pracowniach informatycznych, do internetu rzadko uczniom wolno zaglądać, bo to niebezpieczne i dekoncentruje uwagę. Egzaminy też się pisze offline, bo jeszcze by ktoś z internetu ściągnął odpowiedź. Ale o prawach autorskich w sieci w szkole już się nie mówi. Bo po co, wszystko to i tak jest ściąganie.
Może już rzeczywiście kupmy uczniom te laptopy, jak to sobie wymyśliła wiceminister infrastruktury Magdalena Gaj. Tak na odczarowanie szkolnego, e-wykluczonego świata.
Źródło: Gazeta Wyborcza