W 2008 r. komisja "Przyjazne państwo", na której czele stał Janusz Palikot, stwierdziła, że utrzymywanie terenów rolnych w granicach miast to absurd i trzeba je z automatu odrolnić. Z pozoru taka zmiana była logiczna. Przecież nie będziemy w mieście uprawiać żyta i kapusty. A terenów pod zabudowę brakuje.

Wszyscy niemal jednogłośnie temu przyklasnęli. Prezydent Lech Kaczyński, który argumentował, że jest to zły pomysł, bo w Polsce nie funkcjonuje planowanie przestrzenne, został przegłosowany, a jego weto odrzucone.

Kogo w końcu obchodzi coś tak mało istotnego i przyziemnego jak gleba?

Okazuje się, że obchodzi Unię Europejską. Według szacunków Europejskiej Agencji Środowiska 115 mln ha, czyli 12 proc. całkowitej powierzchni obszaru lądowego Europy, jest dotkniętych erozją wodną, natomiast 42 mln ha erozją powietrzną. W glebie spada zawartość materii organicznej, a to oznacza, że do atmosfery wydostaje się coraz więcej związków węgla odpowiedzialnych za zmiany klimatu.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej