Nasza prawica nieustająco skarży się na ucisk i wykluczenie z debaty publicznej - albo, żeby użyć słów Jarosława Marka Rymkiewicza, na "przemoc medialną" - przy czym uwielbia się na to skarżyć w wysokonakładowych mediach, a najlepiej w telewizji, o czym
niedawno pisałem.
Teraz w tej samej sprawie zabrał głos sam lider. W czwartek wieczorem serwis "wPolityce" opublikował
wywiad udzielony przez Jarosława Kaczyńskiego studentce Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego Joannie Wieczorek w ramach jej pracy rocznej.
Trzeba docenić symboliczny wymiar tej sytuacji retorycznej. Lider
PiS nie rozmawia z dziennikarzem - nawet z "Uważam Rze" albo "Rzeczpospolitej": to wotum nieufności wobec mediów w ogóle. Równocześnie jednak pokazuje, że jest dostępny "dla ludzi" - nawet dla studentki (katolickiego uniwersytetu, a nie np. wykształciuchowego Uniwersytetu Warszawskiego) przygotowującej pracę roczną. Nie jest to nigdzie powiedziane wprost, ale taki komunikat przy okazji idzie w Polskę. Wygodne dla Kaczyńskiego jest jeszcze to, że studentka nie zadaje trudnych pytań, a jeśli już o coś kłopotliwego zapyta, to obytemu politykowi łatwo się wykręcić.
Co mówi Kaczyński? Że jego przegrane w ostatnich wyborach to nie wina programu partii czy - broń Boże - osobowości lidera, ale wrogich mediów:
"Ze swoją propozycją dla Polski, według wszystkich badań mielibyśmy stałą przewagę i to taką wyraźną, powyżej 50 proc. Natomiast korekta następuje na poziomie mediów. To one zmieniają obraz rzeczywistości. Dokonano bardzo ciekawego zabiegu, wziętego z reklamy, tzn. z mechanizmów reklamy, a nie z mechanizmów politycznych. To jest takie oddzielenie tego co właściwe, cool - jak to się teraz mówi, od obciachu - i nas zepchnięto do tego drugiego obszaru. To toleruje jakieś 30 proc." społeczeństwa, a reszta nie akceptuje. Nie jest łatwo przełamać tę barierę, ale nie składamy broni".
"Czy uważa Pan, że akcja z zakupami była dobrze zrobiona pod względem PR-owym?" - pyta studentka (chodzi oczywiście o akcję, w której Kaczyński w otoczeniu dziennikarzy robił zakupy w osiedlowym sklepie - żeby pokazać, jaka jest drożyzna).
"Dobrze pomyślana, bo sam pomysł był dobry. Mówiono o tym, zauważono sprawę cen, a o to przecież chodziło. Dopiero później zaczęto czepiać się szczegółów, to jakim banknotem zapłaciłem, to jaki to był sklep, itp. Zamiast mówić o cenach, media zaczęły nieustannie wałkować didaskalia".
Oba te cytaty mówią coś istotnego o Kaczyńskim. Pierwszy pokazuje zadziwiającą mieszaninę praktycznego cynizmu i ze szczerym przekonaniem, że PiS ma pomysł na Polskę: "co prawda większość Polaków głosuje z powodu PR, więc PR trzeba stosować, ale - gdyby leniwi wyborcy odkleili się na chwilę od telewizorów i liberalnych mediów - na pewno by nam zaufali".
A akcja w sklepie? Nie była udana: szczegóły nie były dopracowane. Ale - oczywiście - w założeniach była słuszna. Lider może zmieniać linię wraz z wymogami chwili, ale nigdy nie przyznaje się do błędu - co najwyżej współpracownicy zawalili "didaskalia".