Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta, historyk o politycznym temperamencie, powiedział dziś w RMF FM, że prezydent jest "absolutnie nieprzywiązany" do artykułu 135 (par. 2) kodeksu karnego: "kto publicznie znieważa prezydenta RP podlega karze wolności do lat trzech". I że "gorąco wesprze" [poselską] inicjatywę, by ten artykuł wykreślić.
Nie wiem, czy prof. Nałęcz nie będzie się musiał znowu tłumaczyć, bo sam prezydent mówił o tym w Radiu Zet oględniej. Zapytany o głośną sprawę
gry Antykomor.pl autorstwa Roberta Frycza stwierdził: "Dla mnie to nie jest problem, ale to jest problem państwa". Z wyraźną satysfakcją powołał się też na wyniki badań, które publikuje dzisiejszy "Newsweek": 54 proc. Polaków chce, by art. 135 nadal obowiązywał, a tylko 33 proc. wolałoby, żeby go nie było. "Ogromna część opinii publicznej jest zaniepokojona tym zalewem chamstwa, nienawiści" - mówił Komorowski.
Potem pozwolił sobie na myśliwskie żarciki z owej gry, w której można sobie (było) postrzelać do zdjęć Głowy Państwa i obrzucić ją kupami. Jakby przeczytał niedawny komentarz Ewy Siedleckiej, że "władza, która boi się krytyki czy kpin, jest śmieszna". Nie doczytał chyba następnego zdania, w którym Siedlecka komentuje najście
ABW na mieszkanie Frycza: "Ale jeśli do obrony przed kpinami władza angażuje organy ścigania - przestaje to być śmieszne".
Prezydent wolałby, by to media walczyły z chamstwem. To inna sprawa. Rozmawiamy tu o sytuacji, w której prawo daje specjalny przywilej władzy. Jeżeli ktoś powie prezydentowi "spieprzaj dziadu", może się liczyć z aresztowaniem, najściem służb, procesem sądowym. Państwo w swoim majestacie wytoczy mu wojnę. Jeżeli to prezydent powie komuś "spieprzaj dziadu", "dziad" może mu co najwyżej sam wytoczyć sprawę cywilną, jeśli ma na to chęć, czas i pieniądze. Jak pójdzie z tym na policję, to może co najwyżej trafić na dołek.
"Ktoś, kto naraża na szwank dobre imię prezydenta, obraża majestat Rzeczypospolitej, a na to nie powinno być przyzwolenia" - komentuje w "Newsweeku" poseł Jerzy Kozdroń (PO). Ważna deklaracja, bo poseł szefuje nadzwyczajnej sejmowej komisji ds. kodyfikacji. W jego ręce trafi projekt posłów PJN, który zakłada zniesienie artykułu 135 k.k. A także 212 k.k. przewidującego karę więzienia dla obywateli za poniżanie m.in. przedstawicieli władz lub "podważanie zaufania niezbędnego do sprawowania danego stanowiska". Jak powiedziała mi dziś
Joanna Kluzik-Rostkowska, PJN kończy właśnie zbierać podpisy pod projektem.
Zmiana obu ustaw to będzie test dla klasy politycznej. Mogłaby ona wpłynąć na lepsze zrozumienie tego, czym jest demokracja, także wśród obywateli, którzy jak widać z sondażu "Newsweeka", polityków - choć ich nadmiernie nie cenią - wciąż uznają za święte krowy. Myślenie autorytarne: porządek musi być.
Tylko czy Sejm zmieni prawo? Poseł Kozdroń będzie chyba przeciw: "Kara więzienia działa prewencyjnie i pokazuje, jak poważnie państwo podchodzi do ochrony dobrego imienia swych obywateli" - tłumaczy w "Newsweeku". Obywateli?! Powiedzmy, niektórych. Obywatela Bronisława Komorowskiego - tak, obywatela Roberta Frycza - nie.
Premier
Donald Tusk zdał sobie najwyraźniej sprawę, że nadgorliwość w obronie własnej czci ośmiesza polityków. Dzisiejszy "Wprost" donosi, że zrobił awanturę wojewodzie podlaskiemu i szefowi MSW za wlepianie 500-złotowych mandatów za skandowanie "Tusk, ty matole, twój rząd obalą kibole!" pod urzędem wojewódzkim w Białymstoku. W demokracji prawo powinno chronić obywateli przed nadużyciami władzy, a nie władzy przed słowami - nawet chamskimi - obywateli. Jako publicysta jestem codziennie w sieci znieważany, wyzywany, wypisuje się na mój temat różne bzdury. Taki zawód, panie prezydencie.