Bloger zamilknie, bo denerwował władze

Artykuł 212 jest chętnie wykorzystywany przez polityków, urzędników, działaczy (szczebla od krajowego po - jak w wypadku blogera z Mosin - lokalne) w celu zastraszania dziennikarzy lub wzięcia surowego odwetu za krytyczne publikacje.

Sędziowie, którzy wydają tego typu wyroki, zdają się nie rozumieć, jak wielkie znaczenie dla demokracji ma swoboda wypowiedzi. Można przypuszczać, że w ogóle nie znają oni orzecznictwa Europejskiego Trybunału w Strasburgu, który od lat negatywnie ocenia tego typu orzecznicze ekscesy. Skazanie dziennikarza na roczny zakaz wykonywania zawodu przypomina retorsje rodem z PRL-u. Sąd nie musiał sięgać po taki środek. Jeżeli po niego sięgnął, to znaczy, że uczynił to celowo.

W sprawie chodziło o krytykę w stosunku do osoby pełniącej funkcje publiczne. W takim przypadku zakres dopuszczalnych, surowych, nawet przesadzonych ocen jest daleko szerszy niż w przypadku zwykłego Kowalskiego, a jednocześnie ochrona prawna udzielana takim osobom jest dalece węższa. Ten wyrok nie powinien się ostać. Należy mieć nadzieję, że spotka się z powszechną krytyką i zostanie uchylony. Jednak to, co zadziwia, to fakt, że takie wyroki mogą nadal zapadać w demokratycznym państwie, w środku Europy. W państwie, które szczyci się standardami innymi aniżeli te na Białorusi.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej