Według kryteriów Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego jestem wciąż młodym naukowcem. Przez wiele lat przewodniczyłem też Collegium Invisibile (stowarzyszenie skupiające profesorów i studentów). Jednocześnie od ponad roku jestem profesorem nadzwyczajnym w Akademii Leona Koźmińskiego i w wyniku tego doświadczenia zdaję sobie sprawę, że byt kształtuje świadomość, a punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia.

Przede wszystkim muszę się zgodzić z prof. Janem Hartmanem ("Doktorant w maśle", "Gazeta" z 23 września) w jednym - doktoranci nie są naukowcami sensu stricte. Pamiętam, jak bardzo denerwowało mnie takie podejście, kiedy sam dziesięć lat temu rozpoczynałem pracę nad dysertacją. Miałem zdecydowane poczucie, że jestem naukowcem, co się zowie, a także nawet pewien żal wobec starszych stopniem, że nie uznają takiego mojego statusu.

Dopiero teraz rozumiem, że co prawda wielu wybitnych doktorantów ma ogromną wiedzę, ale jednak to ukończenie dysertacji w pełni kształtuje warsztat badacza. Ponadto bardzo wielu doktorantów z różnych przyczyn doktoratu nigdy nie kończy. Trudno zatem przyjmować, że każdy, kto podejmuje studia, powinien być od początku traktowany jak pełnoprawny naukowiec.
Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej