Żądanie wprowadzenia procentowych parytetów dla kobiet na listach wyborczych opiera się na błędnym rozumieniu demokracji, a jego spełnienie może prowadzić do jej wykoślawienia.
Formuła demokracji przedstawicielskiej nie polega na tym, że skład reprezentacji politycznej ma jak najwierniej odzwierciedlać przekrój społeczeństwa, a więc zachowywać proporcje płci, wyznań, zawodów, grup wiekowych czy orientacji seksualnych.
Reprezentacja polityczna w nowoczesnej demokracji polega na powierzaniu własnych interesów i spraw publicznych profesjonalistom, zwłaszcza w zakresie prawa, ekonomii czy zarządzania, niezależnie od ich płci, lecz ze względu na ich poglądy. Wyobrażenie, że interesy i potrzeby kobiet mogą dobrze reprezentować i zaspokajać jedynie kobiety, jest równie chybione jak to, że interesy i potrzeby niepełnosprawnych mogą dobrze zaspokajać i reprezentować jedynie niepełnosprawni, rolników - rolnicy, młodzieży - młodzi, homoseksualistów - homoseksualiści, przedsiębiorców - przedsiębiorcy, bezrobotnych - bezrobotni, katolików - katolicy, bezdomnych - bezdomni, artystów - artyści itd.
Skład parlamentu, sejmiku wojewódzkiego czy rady gminy oparty na takiej zasadzie tworzyłby pocieszne panopticum, a nie sprawną i kompetentną reprezentację obywateli. Argumentacja na rzecz parytetów oparta na takim rozumieniu demokracji jest kuriozalna. Proporcjonalność reprezentacji (i to tylko przy proporcjonalnej ordynacji wyborczej) dotyczy jedynie poglądów politycznych wyrażanych i reprezentowanych przez partie.
Trzeba także przypomnieć, że zgodnie z regułami nowoczesnej demokracji i konstytucji (art. 104) każdy parlamentarzysta jest przedstawicielem całego narodu, a nie konkretnej grupy społecznej. Dotyczy to także kobiet.
Polskie obywatelki zdają się to rozumieć lepiej niż samozwańcze wyrazicielki ich rzekomych pragnień. Polki nie kierują się w swych wyborach politycznych kryterium płci i nie głosują na kobiety. Gdyby tak robiły (a stanowią większość elektoratu), niepotrzebne byłyby żadne parytety, bowiem partie na wyprzódki umieszczałyby kobiety na listach, by zaspokoić oczekiwania głosujących kobiet. Widocznie te nie mają takich oczekiwań, skoro ich nie wyrażają w zachowaniach wyborczych.
Chybione są też argumenty, że zwiększona obecność kobiet w organach przedstawicielskich (obojętne jak osiągnięta) nada politycznej reprezentacji, a więc także samej demokracji, jakichś dodatkowych walorów, cech bardziej kobiecych, czyniących ją mniej brutalną, agresywną czy konfrontacyjną. To sugestie i nadzieje pochopne w świetle licznych przykładów. Czy obecność Beaty Kempy, Marzeny Wróbel albo Nelli Rokity oraz ich wielu koleżanek rzeczywiście uczyniła Sejm pod jakimkolwiek względem lepszym, bardziej koncyliacyjnym czy kompetentnym? Czy zatem dołączenie do nich kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu kolejnych kobiet złagodzi jakiekolwiek bolączki polskiej polityki?
Jaki był pozytywny efekt obecności w parlamencie Renaty Beger, Genowefy Wiśniowskiej czy Danuty Hojarskiej i co się pogorszyło po ich stamtąd odejściu? W poprzedniej kadencji najwyższy odsetek kobiet miał klub Ligi Polskich Rodzin. Czy zwolenniczki parytetów uważały go za wzór lub choćby chwaliły?
Nie, ponieważ im nie chodzi o zwiększenie obecności samych kobiet w instytucjach przedstawicielskich, lecz o zwiększenie udziału w nich kobiet pewnego rodzaju, podzielających ich poglądy, w największym skrócie ujmując - feministyczne. Zwiększony odsetek słuchaczek Radia Maryja, czy tym bardziej faworytek księdza Rydzyka na listach
PiS, bynajmniej ich nie usatysfakcjonuje. Podobnie zresztą jak zwiększenie w klubie PO liczby posłanek w typie Joanny Muchy uważanych za wzięte do ozdoby i zgryźliwie nazywanych "paprotkami" (choć akurat posłanka Mucha ma doktorat z ekonomii).
Nie chodzi więc o płeć, lecz o określone poglądy i o ich reprezentację. W demokracji walka o zapewnienie reprezentacji dla własnych poglądów jest naturalna, pod warunkiem że nie mają one żadnych formalnych preferencji, a tym bardziej administracyjnych gwarancji, takich jak urzędowo wyznaczone parytety.
Wiele spośród propagatorek parytetów nie kryje, że liczniejsza reprezentacja kobiet miałaby doprowadzić do zmiany priorytetów polityki społecznej, przeorientowania jej na inne cele i wprowadzenia do niej nowych rozwiązań. Chodzi więc generalnie o zwiększenie wydatków na edukację i wychowanie, finansowanie żłobków i przedszkoli, ale także wydłużanie urlopów macierzyńskich i wychowawczych, zwiększanie zasiłków na dzieci, a nawet wprowadzenie emerytur dla gospodyń domowych. W istocie więc mamy do czynienia z kolejną grupą interesów próbującą ulokować swoich przedstawicieli (przedstawicielki) we władzach, podobnie jak rolnicy, górnicy czy kolejarze. Płeć jest tu znów tylko pretekstem lub kwestią drugorzędną.
Zwłaszcza feministki występujące na rzecz parytetów wikłają się w sprzeczności. Skoro twierdzą, że płeć nie jest kategorią określoną biologicznie, lecz kulturowo (w czym mają sporo racji), to nie powinny domagać się stosowania czysto biologicznego kryterium płci na listach wyborczych.
Ryszard Kalisz, Andrzej Celiński albo
Marek Borowski mogą być lepszymi reprezentantami ich poglądów i interesów niż Anna Sobecka, Elżbieta Kruk czy Jolanta Szczypińska. Znów więc okazuje się, że płeć (biologiczna) jest nieważna lub drugorzędna. Wprowadzenie jej jako kryterium politycznego jest chybione. Płeć biologiczna nie determinuje bowiem poglądów politycznych, zatem nie predestynuje do ich wyrażania i reprezentowania.
Natomiast kulturowa identyfikacja, klasyfikacja i sytuacja płci to problem, a nawet cały zbiór problemów istotnych i wartych poważnej dyskusji. Nie mają on jednak konotacji ściśle politycznych, przynajmniej we współczesnym systemie demokratycznym, gdzie nie stosuje się żadnych cenzusów, w tym opartych na kryterium płci. I lepiej takich nie wprowadzać, bo to oznacza regres do czasów, gdy je stosowano, manipulując prawami wyborczymi.
* Janusz A. Majcherek jest profesorem w Instytucie Filozofii i Socjologii krakowskiego Uniwersytetu Pedagogicznego