Pamiętam go chodzącego po salach Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu, powoli i spokojnie tłumaczącego córce obraz starszego Bruegla. Była to "Wieża Babel". Dlaczego, jeśli Pan Bóg nas stworzył na swój obraz, dał nam potem tak wiele języków, tak wiele historii, tak często wzajemnie niezrozumiałych? To było w roku 1996.

Tomek uważał się za konserwatystę. Rok później napisałem o nim i o innych znajomych esej z tezą, że właściwie nie ma w Polsce konserwatystów. Ci, którzy konserwują, są raczej postkomunistami, a ci, którzy się konserwatystami nazywają, są liberałami zainteresowanymi pewnymi tradycjami republikańskimi. Tomek odpowiedział spokojnie na łamach tego samego numeru "Respubliki Nowej", we właściwym konserwatywnym tonie. Konserwatyści są, widać ich, można ich rozróżnić, mimo iż nie da się ich szczegółowo opisać i skatalogować.

Po tych dwudziestych latach transformacji przyznaję mu rację. Trzecia Rzeczpospolita trwa już tak długo, jak trwała Druga, ma za sobą imponujące osiągnięcia i własne tradycje. Konserwatyści tacy jak Tomek (choć właściwie był niepowtarzalny) mają w tym swój udział: nie głównie dlatego, że utwalali przeszłość, ale głównie dlatego, że budowywali przyszłość. Dziedzictwo nas kształtuje, a my kszatłtujemy dziedzictwo.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej