System kosztował więcej niż wysłanie sondy na Marsa, a jego budowa ciągnęła się w nieskończoność. Dziś okazuje się, że przez sprytnie napisaną umowę ZUS stał się zakładnikiem firmy, która zaprojektowała system. Kod źródłowy systemu leży w bankowym sejfie do zakończenia kontraktu i każda firma, która chciałaby go obsługiwać, będzie potrzebowała wielu miesięcy, żeby poznać jego tajemnice. Tymczasem system musi działać non stop, bo od niego zależą wypłaty emerytur.
Trudno winić prywatną firmę, że wykorzystuje słabość publicznego partnera i próbuje zapewnić sobie jak najkorzystniejsze warunki umowy.
Trudno też wskazać palcem odpowiedzialnego za tę kosztowną kompromitację. Przez te lata prezesi ZUS zmieniali się jak w kalejdoskopie. Nominacje były polityczne - zmieniał się rząd, zmieniał się prezes. Do umowy podpisywano kolejne aneksy. Dziś nikt nie czuje się winien. W sprawie ZUS zawiodło państwo jako instytucja. Nie potrafiło działać w długiej perspektywie i nie było w stanie mianować kompetentnych ludzi na odpowiedzialne stanowiska. Urzędy traktowano jak żetony w grze o partyjne łupy. Dziś płacimy za to rachunek.
Źródło: Gazeta Wyborcza