Polski pomysł, by zrobić casting kandydatów na nowego szefa dyplomacji UE, nie wypalił. Szkoda. Catherine Ashton raczej przegrałaby ten konkurs
Fot. Bruno Fidrych / AG
Tomasz Bielecki
Brytyjkę przesłuchał wczoraj Parlament Europejski. Wypadła źle, zwłaszcza z punktu widzenia Polski i innych krajów Europy Środkowej i Wschodniej.
Ashton przyznała, że nic nie wie o kontrowersjach wokół budowy Gazociągu Północnego. Zadziwiające, że spędziła kilkanaście ostatnich miesięcy w Brukseli jako komisarz ds. handlu i nie natknęła się na ten problem.
Na temat stosunków Unii z Białorusią czy Rosją Ashton unikała jasnych odpowiedzi. Może dlatego, że bezpieczeństwo energetyczne i relacje z Moskwą budzą wiele sporów w krajach UE. Ashton zaś musi wykuwać kompromisy w polityce zagranicznej Unii.
A może jednak dlatego, że nie ma przyzwoitej wiedzy o sprawach, które od lat zajmują dyplomatów z krajów nowej Unii. Warszawa troszczy się o program Partnerstwa Wschodniego, czyli ściślejszą współpracę Unii m.in. z Ukrainą i Białorusią, a także o spójną politykę wobec Rosji. Teraz polskich dyplomatów czeka ogrom dodatkowej pracy, by panią Ashton do programu przekonać.
Parlament Europejski zatwierdzi jej nominację w styczniu wraz z całą Komisją Europejską. Gwarantują to umowy między największymi frakcjami politycznymi w PE i stolicami. Cała nadzieja w tym, że Ashton - zgodnie ze swoją obietnicą - będzie słuchać opinii europosłów i krajów członkowskich, by dowiedzieć się, co w polityce zagranicznej UE najbardziej ich trapi.
Od nowa więc musimy tłumaczyć w Brukseli, co trapi Polaków.