"Znak krzyża jest nie tylko symbolem religijnym i znakiem miłości Boga do ludzi, ale w sferze publicznej przypomina o gotowości do poświęcenia dla drugiego człowieka i ofiary oraz wyraża wartości budujące szacunek dla godności każdego człowieka" - piszą politycy, głównie z PO i PiS, w projekcie uchwały wniesionej właśnie do Sejmu. Wrogów krzyża na razie w parlamencie nie widać, ale jak przyjdzie do głosowania nad uchwałą - niechybnie się ujawnią. A może i wcześniej jakiś wraży poseł lewicy zażąda zdjęcia krzyża umieszczonego cichcem w 1997 r. w sali obrad Sejmu przez posła AWS Tomasza Wójcika? Albo pod osłoną nocy go stamtąd usunie? Już można prewencyjnie wystawić straże pod krzyżem. Albo przynosić na salę obrad własne. Jak Kazimierz Świtoń, który rozpętał dziesięć lat temu "wojnę krzyżową", zwołując pospolite ruszenie, w wyniku którego na żwirowisku oświęcimskim stanęło kilkaset krzyży. Mimo że w pobliskim obozie zagłady mordowani byli przede wszystkim Żydzi, dla których ta akcja była demonstracją lekceważenia ofiar Holocaustu i religijną prowokacją. Świtoń też głosił, że krzyż jest symbolem miłości i szacunku.
Obecność krzyży w szkołach, urzędach czy szpitalach budzi w Polsce kontrowersje. Wyrok Trybunału w Strasburgu w sprawie krzyży we włoskich szkołach zapewne je podsyci (już europosłanka Joanna Senyszyn wzywa do składania skarg do Strasburga). Jednak dotąd wojny z krzyżami nie było. Inicjatorom sejmowej uchwały, która upomina Radę Europy za orzeczenie Trybunału wyraźnie to przeszkadza. Jak strażacy-piromani próbują wzniecić pożar, żeby wykazać swoje męstwo. By "dać świadectwo" - raczej wyborcom, niż Panu Bogu.
Pretekstem jest wyrok w sprawie włoskich krzyży. Wątpię, by ktokolwiek z czterdziestu sygnatariuszy projektu uchwały się z nim zapoznał. Nie nakazuje on bowiem zdejmowania krzyży. W gruncie rzeczy nie różni się np. od wyroku niemieckiego trybunału konstytucyjnego z 1995 r. w sprawie krzyży w bawarskich szkołach publicznych. I podobnych rozstrzygnięć, które podejmowały sądy niższych instancji w Europie i USA. Nie chodzi bowiem o zakaz wieszania krzyży, ale zakaz ich narzucania przymusem osobom, które odczuwają to jako pogwałcenie wolności sumienia. Strasburg potwierdził, że wolność sumienia i wyznania oznacza nie tylko prawo do kultywowania własnej religii, ale też wolność od religijnego przymusu. I że formą tego przymusu jest narzucanie symboli religijnych.
Nie każdy niekatolik odczuwa opresję w obecności krzyża. I nie każdy, który taką opresję czuje, jest w sytuacji przymusowej - np. jak w sprawie włoskiej musi chodzić do szkoły, bo jest obowiązek szkolny. Do szkoły z krzyżem, bo innej nie ma. Strasburg powiedział, że państwo włoskie nie może powoływać się na wielowiekową tradycję, usprawiedliwiając przymuszanie obywateli do znoszenia opresji.
Podobnie swojego czasu orzekł niemiecki trybunał konstytucyjny. W Bawarii obowiązywało prawo nakazujące obecność krzyża w szkołach. Trybunał nie powiedział, że krzyże mają zniknąć. Podkreślił, że jeśli w konkretnej szkole jest mniejszość, której wolność sumienia krzyż narusza, to "sprawa musi być rozwiązana w duchu tolerancji" przez władze szkoły. Jak? W praktyce oznacza to najczęściej ograniczenie obecności krzyża do sal katechetycznych.
Nie trzeba wojny. Trzeba dobrej woli i empatii, czyli miłości bliźniego. Tymczasem nasi obrońcy krzyża gotowi są walić nim po głowach wyimaginowanych wrogów. Używanie krzyża jako maczugi bardziej krzyż obraża niż zgoda na jego przeniesienie tam, gdzie nie będzie nikomu wadził.
Źródło: Gazeta Wyborcza