Van Rompuy, choć jest jeszcze mało znany na europejskiej scenie politycznej, sprawdził się jako dobry negocjator w ojczystej Belgii. Sprawnie zarządza krajem i na co dzień udowadnia, że potrafi godzić ogień z wodą, czyli sprzeczne interesy swoich flamandzkich i walońskich rodaków. A to, że w czasie wolnym zajmuje się pisaniem wierszy haiku i opieką nad swoim ukochanym wnukiem - to tylko pokazuje, ż e jest też człowiekiem z krwi i kości. A nie tylko nadętym biurokratą, jakich w Brukseli aż nadto.
Z perspektywy rządów zachodnioeuropejskich, Van Rompuy ma jedną podstawową zaletę: nie będzie próbował skraść im przedstawienia, ani tym bardziej nie będzie próbował narzucać nikomu swoich politycznych pomysłów. Będzie zarazem symbolem Unii, jak i człowiekiem cienia, pomocnikiem w międzyrządowych negocjacjach. Tym samym, idealnie wpisze się w ramy swojego urzędu, tak jak je nakreślono w Traktacie Lizbońskim.
Z polskiej perspektywy, chadek Van Rompuy jest bezpiecznym wyborem. Belgia i belgijscy politycy zawsze popierali te polityki unijne, które były korzystne dla nowych członków.
Podczas poprzednich negocjacji budżetowych, rząd Belgii bronił funduszy dla Polski i pozostałej dziewiątki krajów środkowoeuropejskich. Dotychczasowe deklaracje Van Rompuya, w których opowiadał się on za zwiększeniem siły instytucji europejskich, za bardziej efektywnym finansowaniem unijnego budżetu - też są zbieżne z polskimi interesami.
Last but not least, Van Rompuy, jako przedstawiciel mniejszego państwa Unii (choć zarazem państwa-założycielskiego), będzie pozbawiony tej specyficznej arogancji, która niestety cechuje niektórych polityków z większych państw. Zwłaszcza, gdy negocjowane są sprawy finansowe.
Baronessa Ashton też ma wszelkie powody, by sprawdzić się jako szefowa unijnej dyplomacji. Już udowodnił a, że potrafi prowadzić międzynarodowe negocjacje.
Jako komisarz odpowiedzialna za handel dopięła m.in. trudne negocjacje UE - Korea Południowa. Kluczowa umowa handlowa - o wartości ponad 100 mld euro - została podpisana ledwie przed pięcioma tygodniami.
Ashton ma zresztą dodatkową zaletę:
jest kobietą i pochodzi z Wielkiej Brytanii. To za jednym zamachem zamyka usta wszystkim tym, którzy oskarżali instytucje Unii o bycie „męskim klubem”, oraz Brytyjczykom. Ci ostatni uwielbiają narzeka ć na Unię, ale „przypadkiem” zawsze chcą mieć w niej jakiegoś ważnego przedstawiciela.
No to teraz mają. Bo wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to właśnie szefowa unijnej dyplomacji będzie prawdziwą "Mrs Europa", jej twarzą na zewnątrz. I to ona będzie zarządzać niezależnym, unijnym korpusem dyplomatycznym oraz specjalnym budżetem, liczonym w miliardach euro.
Więcej na
blogu Konrada Niklewicza