Wczoraj Związek Wypędzonych ponownie oświadczył, że to Erika Steinbach ma go reprezentować w radzie fundacji zarządzającej "widocznym znakiem", czyli rządowym muzeum wypędzeń, które powstanie w Berlinie. Steinbach do rady jednak nie wejdzie, bo nie zgadza się Guido Westerwelle, minister spraw zagranicznych i przywódca FDP, nowego koalicjanta kanclerz Angeli Merkel. Dzięki niemu sprawa Steinbach przestała być kwestią polsko-niemiecką, a stała się wyłącznie problemem Niemców.
Westerwelle, nie owijając w bawełnę, kilkakrotnie ostatnio stwierdził, że szefowa Wypędzonych szkodzi stosunkom polsko-niemieckim. Choć w Niemczech spadły na niego gromy - np. wczorajszy "Frankfurter Allgemeine Zeitung" napisał, że Westerwelle oszalał i zapomniał, jakiego kraju jest ministrem - szef FDP się nie ugiął.
Steinbach, deputowana chadecji, zaczyna rządowi ciążyć. Próbuje wbijać klin w chadecko-liberalną koalicję. W wywiadach pomstuje na Westerwellego, ale i rzuca wyzwanie samej Merkel. Wczoraj Związek Wypędzonych przypomniał pani kanclerz, że w sprawie Steinbach chodzi o demokrację w Niemczech.
Kanclerz nie chce Steinbach w "widocznym znaku", ale jak zwykle nie wypowiada się głośno, bo nie chce konfliktu z prawym skrzydłem swojej partii. Jednak wcześniej ani ona, ani żaden minister jej rządu tak ostro nie krytykował Steinbach.
Angela Merkel powinna w końcu to przeciąć. I głośno powiedzieć to, o czym jej ludzie po cichu mówią polskim dyplomatom: Nie ma miejsca dla Steinbach w radzie "widocznego znaku".
A my powinniśmy stać z boku i co najwyżej kibicować rządowi Niemiec. Nic tak nie doda sił Wypędzonym jak krytyka Warszawy.