Powodem do obaw są kryzys polityczny nad Dnieprem i styczniowe wybory prezydenckie. Jeśli wygra je prorosyjski Wiktor Janukowycz, to projekt będzie hamowany, bo Janukowycz jest sceptyczny wobec NATO, a Polska i Litwa - kraje, które pomogły osiągnąć kompromis w czasie pomarańczowej rewolucji - nie są dla niego najważniejszym partnerem.

Jeśli prezydentem zostanie premier Julia Tymoszenko, to szanse, że brygada stanie się faktem, są większe. Wpływowi politycy z jej zaplecza przekonywali mnie niedawno, że prorosyjska retoryka Tymoszenko z ostatnich miesięcy to przede wszystkim trybut na rzecz kampanii wyborczej. A po zwycięstwie, gdy dojrzeje czas, "w sprawie NATO będziemy działać, a nie mówić".

Utworzenie wspólnej brygady z Polską i Litwą wcale nie oznacza, że Ukraina będzie kiedyś w NATO. Dziś jest to nierealne, bo nie chce tego społeczeństwo nad Dnieprem, a żaden polityk nie pójdzie w czasie kampanii wyborczej wbrew opinii publicznej. Pomysł, by dwa państwa NATO stworzyły wspólną jednostkę z krajem spoza Sojuszu, jest jednak krokiem w dobrą stronę. Choćby po to, by Ukraina nadal modernizowała siły zbrojne.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej