Na początek powinno być o emeryturach, bo to temat dnia, ale zanim zajmiemy się tym przygnębiającym przedmiotem nam wszystkim (w tym i niżej podpisanemu) należy się odrobinę rozrywki. Dostarcza jej dziś, jak zwykle, "Rzeczpospolita": Marek Magierowski w komentarzu redakcyjnym pisze o nadchodzącym upadku Europy. Sprawa jest już przesądzona. Trzeba się pakować i stawać w kolejce po amerykańską wizę.
Magierowski: "Europa nigdy potęgą się nie stanie, gdyż właśnie dokonuje cywilizacyjnego samobójstwa (proszę mi wybaczyć tę odrobinę patosu). Odcina się od swoich chrześcijańskich korzeni, wywraca do góry nogami świat wartości, który przez stulecia łączył Europejczyków. [...] Dzisiaj łączą nas: traktat lizboński, MTV, pełen brzuch, wakacje na Ibizie oraz tolerancja dla gejów".
Do tych przepowiedni red. Magierowskiego skłoniły dwa wydarzenia, które, zrządzeniem losu, miały miejsce tego samego dnia: podpisanie Traktatu Lizbońskiego przez prezydenta Klausa oraz wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który uznał, że krzyż powieszony we włoskiej szkole publicznej narusza wolność jednostki.
Można tu oczywiście naiwnie zapytać: cóż złego w wakacjach na Ibizie czy tolerancji dla gejów? To chyba dobrze, że dziś łączy Europejczyków właśnie to, a nie - dajmy na to - wojny religijne, których w naszej wspólnej przeszłości nie brakowało.
Rzecz idzie jednak o sprawy głębsze, bo o sens europejskiego projektu. Można, jak wydaje się sądzi red. Magierowski, uważać, że chrześcijaństwo jest głównym fundamentem Europy. Można jednak także sądzić, że jest on znacznie szerszy - i obejmuje również tradycję Oświecenia (a w tym idee liberalne i socjalistyczne) oraz spuściznę innych religii, zwłaszcza judaizmu i islamu. Utożsamianie Europy wyłącznie z chrześcijańskim dziedzictwem jest nadużyciem - oczywistym i naiwnym, a więc dlatego dostarczającym rozrywki w ten smutny listopadowy poranek.
***
Teraz sprawy ponure. Na pierwszych stronach gazety zajmują się pieniędzmi przyszłych emerytów. Rząd zdecydował o rewolucji w systemie emerytalnym - zamiast 7,3 proc. pensji do OFE trafiłoby tylko 3 proc. "Reszta zostałaby w ZUS na specjalnym koncie" - pisze "Gazeta Wyborcza".
To wielka operacja dotycząca przyszłości milionów ludzi - a komentarzy w gazetach zadziwiająco niewiele. Być może dlatego, że nikt nie ma w tej sprawie czystego sumienia. "To, co robi rząd, to kreatywna księgowość" - denerwuje się (też w "Gazecie") prof. Marek Góra, jeden z autorów reformy emerytalnej, a dziś członek rady nadzorczej funduszu emerytalnego ING. Prof. Górę trudno uznać za bezstronnego eksperta, ale być może warto go było zapytać, dlaczego zaprojektował reformę w tak dziwaczny sposób - rząd dawał pieniądze ze składek OFE, które i tak musiały kupować za nie obligacje rządowe, ale wcześniej potrącały sobie 500 mln zł prowizji rocznie (a tak twierdzi minister finansów). Jeżeli tak było w istocie, co roku pracujący Polacy - w tym niżej podpisany - dawali tylko z tej jednej operacji OFE pół miliarda złotych. 500 mln złotych rocznie pewnego i bezpiecznego zysku to nie jest, szanowny panie profesorze, kreatywna księgowość! To jest świetny biznes!
"Rządowy plan oznacza mniejsze zyski branży emerytalnej" - pisze krótko "Rzeczpospolita". Szczerze mówiąc, zyski "branży emerytalnej" nie obchodzą mnie w najmniejszym stopniu. Interesuje mnie wysokość mojej emerytury, a dziś nic nie wskazuje na to, żeby OFE zapewniały mi wyższą i bezpieczniejszą emeryturę niż ZUS. Emerytur nie wymyślono w XIX w. po to, żeby powstała "branża emerytalna", na której ktoś będzie zarabiał. Wynaleziono je po to, żeby zapewnić starym ludziom w miarę godne życie. Być może ZUS będzie w stanie robić to samo, co dziś robią fundusze - tylko taniej?
Z drugiej strony, trudno mieć złudzenia: gdyby nie gigantyczna dziura w budżecie, nikt by się sprawą nie zajął - a przekazywanie pieniędzy ZUS jest doraźnym sposobem na zmniejszenie deficytu (w tym sensie prof. Góra ma rację, że to kreatywna księgowość). A każda kreatywna księgowość odsuwa tylko problem w przyszłość. "Po prostu upomnę się za 30 lat o wyższe świadczenie z ZUS" - pisze Bartosz Marczuk w "Dzienniku".
Wtedy, oczywiście, będzie to już problem innego rządu. Ale nadal to będzie mój problem.
Źródło: Gazeta Wyborcza