Rząd Tuska, tak jak kiedyś rząd Kaczyńskiego, grozi Brukseli wetem. 26 pozostałym krajom Unii wysyła sygnał: będziemy blokować porozumienie w sprawie finansowania walki ze zmianami klimatycznymi, jeśli sposób naliczania składki na ten fundusz nie będzie dla nas maksymalnie korzystny. I żeby była jasność - zamierzamy się kłócić nie o miliardy, ale o setki milionów euro.
Jeśli UE nie porozumie się w tej sprawie, to: znów utkną międzynarodowe negocjacje w sprawie redukcji emisji CO2 prowadzone przez 190 państw świata; grudniowy szczyt w Kopenhadze zakończy się klęską; świat nie będzie miał nowego traktatu o redukcji gazów cieplarnianych.
Rząd to wszystko wie, ale twardo powtarza: niech za ratowanie klimatu płacą inni, bo my jesteśmy biedni.
A że emitujemy kolosalne ilości gazów cieplarnianych? To oczywiście nie nasza wina, że przez dziesięciolecia, także przez ostatnie 20 lat, nie zrobiliśmy praktycznie nic, by uniezależnić polską energetykę od węgla.
Pozostaje mieć nadzieję, że stanowisko rządu to tylko element gry negocjacyjnej. Ratowanie klimatu jest na całym świecie uznawane za nasze ziemskie być albo nie być.
Rząd ma rację, gdy podkreśla, że jesteśmy krajem na dorobku. Mimo to powinniśmy poczuwać się do solidarnej odpowiedzialności za środowisko, do którego niszczenia się przyczyniamy. Nie możemy przez kolejne dziesięciolecia zasłaniać się relatywną biedą i kazać innym płacić za nasze gazy cieplarniane.
Musimy powoli, ale konsekwentnie brać tę cenę również na siebie.
Źródło: Gazeta Wyborcza