Rząd polski chce mnie ścigać za to, że postawiłem 10 zł na wygraną Liverpoolu z Chelsea (i przegrałem). Będzie podglądał transakcje z mojego konta bankowego, blokował strony internetowe, z którymi chcę się łączyć.
W całej operacji "walka z hazardem" ogłoszonej we wtorek przez Donalda Tuska, najbardziej zaciekawiło mnie, jaka logika sprawiła, że premier, poruszony kontaktami swoich kolegów z różnymi "Ryśkami od automatów", chce teraz walczyć z hazardem w internecie.
Co mają ludzie sponsorujący Real Madryt, Eurobasket w Polsce i ligę angielską do niejakiego Ryśka? Albo do dzieciaków tracących pieniądze w jednorękim bandycie przy osiedlowym sklepiku? Jak dało się ich wrzucić do jednego worka?
Wie to chyba tylko premier. E-hazard to w ogromnej większości po prostu zakłady bukmacherskie, obstawianie wyników meczów. W sieci można też oczywiście grać w pokera i inne gry na pieniądze.
Internetowi bukmacherzy to wielkie międzynarodowe firmy. Nie żadne "szemrane środowiska", jak je przedstawia rząd, lecz oficjalni partnerzy i sponsorzy Realu Madryt, angielskiej Premier League, czy choćby ostatniego Eurobasketu w Polsce. Dochody od międzynarodowych firm bukmacherskich zasilają budżety największych klubów sportowych na całym świecie, także w Polsce. Bez tych pieniędzy, wiele nie będzie miało szans, by związać koniec z końcem.
Obstawiać mecze przez internet można właściwie, poza wyjątkami, w całej Europie.
Usuwanie jednorękich bandytów ma, według rządowego projektu, potrwać pięć lat. nie wiem dlaczego tak długo. Powinny zniknąć od razu. Bo jeszcze przez pięć lat nasze dzieciaki będą traciły swoje kieszonkowe, a państwo zbierze od tego po prostu wyższy podatek.
Tylko walka z zakładami bukmacherskimi w sieci zostanie podjęta od zaraz. Rząd skupi się na przepływach gotówki, wymyślaniu jak blokować strony internetowe, jak śledzić w sieci kto gra, a kto nie.
Pierwszym konkretnym efektem ujawnienia rozmów Rycha ze Zbychem dotyczących automatów, będzie ściganie mnie, i setek tysięcy takich jak ja, za chęć postawienia na Real w meczu z Barcą, albo Liverpool z Chelsea.
Co tam budowa autostrad, albo reforma KRUS. Wyśledźmy czy Gadziński postawił dychę na Radwańską w meczu z Sereną Williams, czy na Gołotę w walce z Adamkiem.
Zakłady bukmacherskie będą nadal legalne tylko w punktach bukmacherskich - "kolekturach" - prowadzonych przez kilka rodzimych firm. Kolektur są tysiące w polskich miastach. O przeniesieniu ich do "ściśle kontrolowanych kasyn" nikt nie mówi. Hazard pozostanie na naszych ulicach, ma tylko zniknąć z polskiego internetu, choć to właśnie w internecie łatwiej jest kontrolować nadużycia. By grać trzeba mieć kartę kredytową. Dzieciaki odpadają. Za to w tysiącach kolektur obstawiają dychę bez problemu...
Nawet tu zabrakło logiki. Bo walczymy z hazardem, ale jak widać nie dlatego, że jest zły, ale dlatego, że internetowy...
Nie jest tajemnicą, że w ostatnich miesiącach środowisko związane z tradycyjnymi, a nie internetowymi bukmacherami, mocno lobbowało, spotykając się także nieoficjalnie z dziennikarzami, za podjęciem walki z hazardem w internecie.
Jak widać po decyzji premiera - to lobby wygrywa na całej linii. A wszystkim, którzy stawiają pytania i okazują wątpliwości, albo tak jak ja - pukają się w czoło, doszukując się w całej operacji jakiegokolwiek sensu - premier i jego doradcy zarzucają, że są lobbystami.
Źródło: Gazeta Wyborcza