"Robienie atmosfery" będzie zapewne głównym skutkiem ostatnich działań CBA. Służba ta objęła sprzedaż stoczni tzw. tarczą antykorupcyjną. Do tej pory nie wiadomo było, na czym owa tarcza polega. Teraz już wiemy - podsłuchuje się urzędników, a potem publikuje stenogramy tych podsłuchów w mediach.
Podsłuchy w sprawie stoczni chwały urzędnikom nie przynoszą, nikt jednak nie pamięta, jak trudna była prywatyzacja stoczni. Na dodatek łatwych prywatyzacji już nie ma i nie będzie.
Gry i zabawy CBA w sprawie sprzedaży stoczni czy kolejna pseudoafera z prywatyzacją Giełdy Papierów Wartościowych mogą, niestety, zniechęcić rząd do prywatyzowania w ogóle, czego skutki odczujemy wszyscy. Tylko prywatyzacja, i to na dużą skalę - w grę wchodzi prawie 30 mld zł w tym i przyszłym roku - może nas uchronić przed krachem finansów publicznych.
Bez wpływu ze sprzedaży państwowego majątku Polska będzie musiała zaciągać jeszcze większe pożyczki w komercyjnych bankach i instytucjach finansowych, po to by wypłacać renty i emerytury, pensje nauczycielom czy policjantom. Nasz dług już teraz zbliża się do niebezpiecznej granicy 55 proc. PKB, a bez wpływów z prywatyzacji na pewno ją przekroczy. Wtedy z godnie z prawem rząd będzie musiał na gwałt ciąć wydatki i podnosić podatki.
Tymczasem sprawa rozpętanej przez CBA pseudoafery stoczniowej jak w soczewce pokazuje problemy czekające każdego ministra skarbu, gdyby przypadkiem zabrał się do prywatyzacji. Jak się te zarzuty przeanalizuje, to wniosek jest jeden - w ten sposób można utopić każdą prywatyzację!
Z każdej rozmowy można wyciągnąć wniosek, że urzędnikom bardzo zależy na sprzedaży, więc usiłują pomóc inwestorowi (zwłaszcza jak jest jedyny) albo zastanawiają się, czy możliwa jest łagodniejsza interpretacja procedury.
Urzędnicy będą unikać telefonicznych kontaktów z przedstawicielami firm. Po co się narażać? Przecież podsłuchane przez CBA rozmowy, czy sprzedawać zaoferowaną cenę, bo lepszej nie będzie, choć cena jest niska, byłyby donosem na samych siebie.
W rezultacie któregoś dnia los jakiejś upadającej państwowej firmy rozstrzygnie się z powodu drobnego uchybienia formalnego w jedynej ofercie. Nikt jej nie sprostuje, bo urzędnik ze strachu przed podsłuchem nigdzie nie zadzwoni. Gdy firma splajtuje, ci sami politycy, którzy dziś gardłują o wielkiej "aferze stoczniowej", będą biadać nad urzędniczą indolencją i pochylać się z fałszywą troską nad ludźmi, którzy właśnie stracili pracę.
Źródło: Gazeta Wyborcza