Traktat Lizboński jest dobry dla Irlandii, dobry dla Polski, dobry dla całej Unii Europejskiej - i jej obywateli. Wszystkich. Można doszukać się w nim (na upartego) kilku wad, ale pozytywy przeważają. Zdaniem blogUE, najważniejsze są następujące rozwiązania:
1) Traktat Lizboński da Unii Europejskiej "pełnoetatowego" szefa Rady Unii Europejskiej , który zastąpi obowiązujący obecnie (i kiepsko funkcjonujący) system sześciomiesięcznych, narodowych prezydencji. Wybierany co dwa i pół roku (połowa kadencji Europarlamentu i Komisji Europejskiej), unijny "prezydent" usprawni codzienne funkcjonowanie Unii.
2) Traktat Lizboński tchnie więcej "federacyjnego" ducha w Unię: po pierwsze, docelowo (po okresie przejściowym) wprowadzony zostanie dużo bardziej czytelny system "podwójnej większości" w głosowaniach na forum Rady. Zastąpi on obecnie obowiązujący, kretyński system potrójnej większości - umocowany w Traktacie Nicejskim.
W nowym systemie, decyzja będzie podejmowana wtedy, jeśli jest poparta przez 55 proc. państw (czyli np. 15 z 27), pod warunkiem, że ich głosy reprezentują co najmniej 65 proc. populacji.
Po drugie - równie ważne - TL znacząco zwiększy liczbę obszarów, w których UE decyzje będą zapadać w głosowaniu. Aż o 50! Na palcach rąk będzie można policzyć sfery, w których wciąż będzie możliwe "liberum veto" jednego państwa. I o to właśnie zwolennikom federacji chodzi. Oczywiście, nie wszyscy uznają to za zaletę, ale akurat wasz autor poglądów nie ukrywa i uważa, że Unia Europejska powinna iść w stronę federacji, kosztem uprawnień państw narodowych. BlogUE - tak jak b.premier Belgii Guy Verhofstadt - marzy o Stanach Zjednoczonych Europy . Traktat Lizboński przybliża nas do tego o duży krok.
3) poprawiona na życzenie Irlandczyków wersja Traktatu Lizbońskiego uświęci zasadę, że każde państwo ma jednego komisarza w Komisji Europejskiej. To olbrzymi ukłon w stronę przeciwników federacji. Spowoduje, że Komisja Europejska rozrośnie się do monstrualnych rozmiarów, niektóre teki będą żenujące... ale zagwarantuje obywatelom wszystkich krajów UE poczucie, że mają "swojego" człowieka w Unii.
4) Traktat Lizboński zdecydowanie wzmocni rolę Parlamentu Europejskiego - najbardziej demokratycznego ciała UE. Po raz pierwszy w historii, eurodeputowani będą mogli podejmować faktyczne (a nie tylko udawane) decyzje w sprawach unijnego budżetu, polityki rolnej i rybołówstwa, polityki transportowej, funduszy strukturalnych . Będą też mogli wpływać na kształt unijnej legislacji dotyczącej spraw wewnętrznych i sądownictwa. Równolegle, Traktat Lizboński zwiększy uprawnienia narodowych parlamentów w procesie decyzyjnym w ramach UE. Narodowe parlamenty będą mogły zaskarżać te unijne przepisy, które w ich opinii będą sprzeczne z zasadą subsydiarności. Dodatkowo, Komisja Europejska będzie miała obowiązek konsultowania z narodowymi parlamentami swoich nowych pomysłów legislacyjnych.
5) Traktat Lizboński nada prawnie wiążącą moc europejskiej karcie praw podstawowych . Wszystkie unijne regulacje - włączając w to sprawy wewnętrzne - będą musiały być z kartą zgodne. Co więcej, obywatele UE będą mogli zaskarżać unijne akty prawne do unijnych trybunałów w oparciu o kartę. 6) Wreszcie na koniec, Traktat Lizboński otworzy prawną ścieżkę do wychodzenia z Unii Europejskiej temu pań stwu, które tego sobie zażyczy. Co szczególnie powinni wziąć pod uwagę brytyjscy konserwatyści.
Traktat, jeśli zostanie ratyfikowany przez wszystkie kraje UE jeszcze w tym roku (pozostaje problem nadętego Klausa-Herostratesa)*, to wówczas wszedłby w życie już w styczniu 2010 r.
*Przyjmuje założenie, że prezydent Lech Kaczyński dotrzyma publicznie danego słowa i podpisze Traktat Lizboński zaraz po ogłoszeniu oficjalnych, pozytywnych wyników referendum. O ile to będą pozytywne.
*** Więcej na blogu Konrada Niklewicza