Ministerstwo Kultury chce przenieść na nośniki cyfrowe wszystkie polskie filmy, programy telewizyjne i radiowe, a te audiowizualne archiwalia polskiej kultury, którym grozi zniszczenie, zrekonstruować. I udostępnić całość przez internet.
Dlatego powstaje ustawa o Narodowym Instytucie Audiowizualnym, o której napisaliśmy w środowej "Gazecie". To ogromny projekt, ale państwu brakuje nań pieniędzy. Stąd pomysł, by obciążyć producentów sprzętu audio-wideo opłatą 1 proc. od ceny każdego urządzenia, które pozwala filmy i programy odbierać, odtwarzać, kopiować. Autorzy projektu przekonują, że cyfryzacja cennych archiwaliów audiowizualnych zwiększy przecież sprzedaż tych urządzeń.
Producenci audio-wideo nie negują konieczności cyfryzacji, bo stare taśmy niszczeją i za kilka lat sporo z nich przepadnie bezpowrotnie. Ale na nowe opłaty się nie godzą. Już dziś przekazują do 3 proc. ceny swych produktów twórcom z tytułu praw autorskich. A także płacą za złomowanie swych urządzeń.
Zresztą, czy nagrania konkursów chopinowskich albo wydania "Dziennika telewizyjnego" z lat 1980-81, o których mówił nam szef Instytutu, rzeczywiście napędzą sprzedaż telewizorów, smartfonów, odtwarzaczy DVD i iPodów? Trzeba być optymistą, by w to wierzyć. Takie zakupy pobudza głównie kultura popularna, a ona z nielicznymi wyjątkami już jest scyfryzowana.
Co więcej, za cyfryzację archiwów będziemy musieli zapłacić wszyscy. I to trzykrotnie. Najpierw - jako podatnicy, bo koszt projektu częściowo pokryje państwo. Następnie - jako konsumenci kupujący nowy telewizor czy odtwarzacz, bo producent dorzuci do ceny kontrybucję "cyfryzacyjną". Na końcu - jako widzowie, którzy ściągną utwór ze strony internetowej Instytutu, bo nie wszystkie utwory będą tam bezpłatne. Część właścicieli praw autorskich nie wyrazi na to zgody.
A dlaczego ustawa nie miałaby gwarantować nam wszystkim bezpłatnego dostępu do cyfryzowanych utworów? Gdy kupujemy auto, wiemy, co dostajemy; mamy podaną pojemność silnika, typ klimatyzacji, podgrzewanie foteli itd. I płacimy tylko raz.
Instytut natomiast chce nam sprzedać auto, obiecując, że z czasem coś mu doda, coś poprawi... A potem za dodatki coś nam policzy. Niby dlaczego? Gdyby taką ofertę złożył mi diler w salonie samochodowym, tobym go wyśmiał.
Projekt komplikuje system podatkowy, zamiast go upraszczać. Jest sprzeczny z obietnicą rządu, że nie podniesie podatków. Tworzy kolejny państwowy fundusz, który - jak wiele innych - może źle zarządzać publicznym groszem.
Opieka nad archiwami to zadanie państwa i musi ono szybko wymyślić lepszą metodę, by je ocalić i zachować nad nimi jakąś kontrolę. Bo inaczej - gdy pleśń wedrze się do nich na dobre - będzie musiało na gwałt powierzyć cyfryzację temu, kto po prostu ma pieniądze. Na przykład Google'owi. Ale wtedy to on będzie dyktował warunki.