Tyle że ten gest nieco potaniał. Dalajlama ma już honorowe obywatelstwo Wrocławia, nie mówiąc o kilku innych stolicach europejskich. A i władze Chin już nie protestują w tej sprawie.
Zaprotestowały natomiast przeciwko nadaniu jednemu z warszawskich rond nazwy "rondo Wolnego Tybetu". Kiedy radni warszawskiej Woli w listopadzie uchwalili tę nazwę, ambasada Chin zagroziła, że realizacja uchwały spowoduje "trudne do przewidzenia konsekwencje". No i Rada Warszawy, która nazwy zatwierdza, znalazła sposób, by się nie narazić ani władzom Chin, ani warszawiakom - sprawa od pół roku jest "w toku".
Takich problemów warszawscy radni nie mieli w 2005 r., gdy rządził PiS. Zdecydowali o nazwaniu innego ronda imieniem Dżochara Dudajewa, zabitego przez Rosjan prezydenta Czeczenii. Na protesty Rosji ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński odparł prostolinijnie: To nasza sprawa, a nie rosyjska, jakie nazwy nadajemy ulicom, rondom czy parkom w Warszawie.
Hanna Gronkiewicz-Waltz podobnie prostolinijna nie jest. A warszawiacy i tak zrobili sobie rondo Wolnego Tybetu. Razem z niezależnymi grafficiarzami z grupy 3fala i fundacją Inna Przestrzeń namalowali na skrzyżowaniu ulic Prymasa Tysiąclecia i Kasprzaka graffiti z Dalajlamą oraz tybetańską flagą i nazwą. Byłoby pięknie, gdyby Dalajlama miał okazję przejechać przez to jedyne chyba na świecie społeczne rondo.
Źródło: Gazeta Wyborcza