Trybunał Konstytucyjny nie zdelegalizował CBA. Nakazał za to wprowadzenie realnej, niezależnej kontroli tego, co gromadzą o nas tajne służby. I trafił w punkt: problemem dla demokracji i praw człowieka nie jest to, czy rząd - ten lub inny - tworzy kolejną (dziesiątą) służbę do tropienia korupcji czy innych przypadłości ludzi władzy. Problemem jest to, że te służby, ile by ich nie było i jak by się nie nazywały, mogą de facto bez kontroli zdobywać, gromadzić i używać informacje o każdym z nas.
Służby muszą móc podsłuchiwać podglądać, śledzić - ale tylko, jeśli służy to ochronie dobra publicznego. I musi im ktoś patrzeć na ręce. A w Polsce nie patrzy. W przypadku tzw. podsłuchów operacyjnych kontrola sądu jest symboliczna (co przyznają sami sędziowie).
Sędzia Ewa Łęowska pokazała wczoraj swoim tzw. zdaniu odrębnym mechanizm, którym tworzy się wszechwładzę służb. Najpierw zapisuje się możliwie jak najszerzej i zawile zakres zadań służby - jak to miało miejsce w przypadku definicji korupcji w ustawie o CBA - dzięki czemu to sami funkcjonariusze decydują, co im wolno. Do tego nie ustanawia się niezależnych mechanizmów kontroli. Nawet informacja o tym, ile stosuje się podsłuchów została uznana przez służby za tajną, co skwapliwie uszanowała władza wykonawcza i ustawodawcza. Dzięki temu mieliśmy okazję półtora roku temu obserwować żenujący spektakl tajnego przedstawiania przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego posłom informacji statystycznej o podsłuchach. A wszystko to w ramach ujawniania nadużyć IV RP.
Władza niekontrolowana się wyradza. Więc wyradzają się nasze tajne służby, o czym świadczy właśnie doświadczenie IV RP, gdzie wyłudzono od sądu zgodę na podsłuchiwanie wicepremiera Leppera czy szefa MSWiA Kaczmarka i szefa Policji Kornatowskiego pod pozorem, że chodzi o osobę NN, czyli taką, której danych nie sposób ustalić. Albo "zarażano podsłuchami" - podsłuchiwano rozmówców osób, na których podsłuchiwanie zgodę wyraził sąd (tak prawdopodobnie podsłuchiwano naszego dziennikarza Wojciecha Czuchnowskiego). Czy stosowano tzw. podsłuchy pięciodniowe (w przypadkach nagłych, zanim zgodę wyrazi sąd). Bo nawet, jak sąd ich nie zalegalizuje, to co się podsłuchało - to nasze (nie ma zewnętrznej kontroli obowiązku niszczenia przez służby takich materiałów).
Nadużyciami IV RP w sprawie podsłuchów zajmuje się prokuratura. I pewnie wszystko pójdzie do umorzenia, bo w sprawach tajnych cokolwiek udowodnić jest trudno. Ot, choćby - o czym mówił w rozmowie z "Gazetą" Prokurator Krajowy Edward Zalewski - jak udowodnić, że funkcjonariusze wiedzieli, ze rzekomy telefon "NN" należy do Janusza Kaczmarka i celowo ukryli to przed sądem?
Dlatego właśnie wtorkowy wyrok Trybunału w sprawie CBA trafia w punkt: musi być niezależna kontrola nad tym, co pozyskują służby. Tak jest w cywilizowanych krajach i nie umniejsza to skuteczności ich działania. Kontrola nie wyeliminuje nadużyć, ale je zmniejszy. Sprawi, ze służby przestaną być panami samych siebie, co nigdy - ani w PRL, ani w wolniej Polsce - nie jest zdrowe. Prawo musi być tworzone tak, by sprawdzało się w ciężkich czasach, a nie z wiarą, że skoro rządzą nami dobrzy ludzie, to krzywdy nam zrobić nie dadzą.
I można tylko mieć nadzieję, że rząd i parlament uchwalą rzeczywista kontrole, a nie kolejną atrapę z nadzieją, ze jej nikt do Trybunału nie zaskarży.
Źródło: Gazeta Wyborcza