http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Iran: koniec złudzeń

Mariusz Zawadzki
2009-06-18, ostatnia aktualizacja 2009-06-17 22:10

Użycie siły ostatecznie odbiera Islamskiej Republice legitymację. W zapomnienie idzie religijno-polityczna doktryna Chomeiniego, która stała się jej fundamentem. Zostaje ordynarna dyktatura wojskowa

Mariusz Zawadzki
Fot. Archiwum Prywatne
Mariusz Zawadzki
- To żadne protesty, po prostu zwolennicy pokonanego kandydata emocjonują się niczym rozczarowani kibice, których drużyna przegrała mecz - mówił uśmiechnięty prezydent Mahmud Ahmadineżad w sobotę, po pierwszych protestach przeciw oficjalnym wynikom wyborów w Iranie.

W poniedziałek, jakby nigdy nic, poleciał do Rosji na szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy, gdzie zapowiedział schyłek kapitalizmu i upadek wielkich mocarstw.

Jak na ironię, właśnie drży w posadach jego własne państwo.

W Teheranie protestują już nie tysiące, ale setki tysięcy "rozczarowanych kibiców". Nie tylko studentów takich jak ci, którzy dziesięć lat temu buntowali się przeciw kneblowaniu prasy, ale także ludzi, którzy mają rodziny i do buntu najczęściej nie są skorzy. Czegoś takiego jeszcze w Islamskiej Republice Iranu nie było.

Przez 30 lat ajatollahowie potrafili stworzyć subtelny system polityczny, który mimo totalitarnego charakteru dawał Irańczykom iluzję wyboru i wpływu na losy kraju. Zresztą nie była to do końca iluzja. Przecież co cztery lata ludzie wybierali parlament i prezydenta, który na co dzień nimi zarządzał.

Chcieli zmian i rozluźnienia rygorów obyczajowych - pozwolono im wybrać reformatora Mohammada Chatamiego. Mieli dość jajogłowych - inteligencji, duchownych, bogaczy - dlatego po Chatamim wybrali populistę Mahmuda Ahmadineżada, który miał być odnowicielem ideałów rewolucji, prostym, skromnym i sprawiedliwym władcą.

Tyle tylko, że wpływ Irańczyków na losy kraju ma granice. Są aksjomaty, których podważać nie wolno: Najwyższy Przywódca - wspierany przez różne ciała konstytucyjne i doradcze, w których zasiadają głównie duchowni - może podważyć każdą decyzję parlamentu i prezydenta. Jemu podlega armia, polityka zagraniczna i program atomowy. Nepotyzm i korupcja są powszechne, a duchowni ze szczytów władzy są nietykalni.

Wybory w Iranie są prawie wolne. Z dwoma zastrzeżeniami: Rada Strażników odsiewa nieprawomyślnych kandydatów, a wybrany prezydent nie jest głową państwa. Kampania wyborcza jest już prawdziwa, nie sterowana, można debatować i wiecować bez ograniczeń i bez cenzury. Nigdy dotąd nie było też zastrzeżeń do procedury liczenia głosów. Wygrywali ci, którzy - jak się wszystkim zdawało - mieli największe poparcie.

Wybory były niezawodnym wentylem bezpieczeństwa, który rozładowywał napięcia społeczne. Ajatollahowie, idąc na niewielkie ustępstwa wobec społeczeństwa, zapewniali systemowi stabilność. Wprawdzie studenci czasem się buntowali, ale do wyborów Irańczycy zawsze chodzili tłumnie.

Tym razem jest inaczej - wybory zapoczątkowały bunt. Dlaczego?

Po pierwsze, proletariacki styl Ahmadineżada i powrót do rygorów obyczajowych wyczerpały cierpliwość inteligencji i klasy średniej. Wykształceni Irańczycy nie chcą kolejnych czterech lat "dyktatury ciemniaka", za jakiego uważają prezydenta. Nadzieją na zmianę stał się dla nich Mir Husajn Musawi - malarz, architekt, były premier.

Po drugie, wreszcie zwątpili w uczciwość procedury głosowania; wyniki obliczało MSW podlegające Ahmadineżadowi.

Buntowników na ulicach Teheranu poparli pragmatyczni dygnitarze reżimu - Haszemi Rafsandżani, jeden z ostatnich żyjących druhów ajatollaha Chomeiniego, były prezydent Chatami i kilka innych autorytetów. Poparli nie dlatego, żeby system obalać, ale dlatego, że dostrzegli w obecnej sytuacji zagrożenie dla systemu.

Po drugiej stronie barykady zostali Najwyższy Przywódca Ali Chamenei, jego protegowany Ahmadineżad i siły zbrojne. Mogą oni zapewne stłumić bunt. Jeszcze nie posłali na ulice wszystkich basidżich, czyli ochotników ogólnonarodowej muzułmańskiej milicji, których mają w odwodzie.

Ale użycie siły ostatecznie odbiera systemowi legitymację. Wszelkie subtelności Islamskiej Republiki znikają, w zapomnienie idzie religijno-polityczna doktryna ajatollaha Chomeiniego, która stała się jej fundamentem. Zostaje tylko zwykła, ordynarna dyktatura wojskowa.

Dla wielkiej część społeczeństwa, już nie tylko studentów i inteligencji, system już stracił prawomocność - bez względu na to, jak dalej potoczą się wydarzenia. Iran stracił stabilność, jest beczką prochu. Następny wielki bunt może wywołać najmniejsza iskra, np. rozróby kibiców po jakimś przegranym meczu piłkarskim.

  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów